Wyniki wyszukiwania dla frazy: wynajecia mieszkanie w rudzie slaskiej

Ludzie , ludziska, zabrzanki, zabrzanie! Poszukuję w trybie pilnym przytulnej kawalerki lub małego dwu pokojowego mieszkania najlepiej w zabrzu, rudzie śląskiej lub ewentualnie w gliwicach, jeśli do tego cena jest rozsądna za oferowany wynajem pisz lub dzwoń wręcz o każdej porze dnia lub nocy, z góry dziękuję!


Z tego co pamietam to tam w każdym pokoju jest kablówka

Kałusa 9
41-710 Ruda Śląska
Pokoje Gościnne Maryla
dodatkowe informacje: nocleg 39-70 PLN za łóżko, mieszkania do wynajęcia, w mieszkaniu: łazienka, TV-kablowa, czajnik, kuchenka elektryczna, część mieszkań z lodówką; wyżywienie na zamówienie

Także TV z kablówką jest, lodówka by zmrozić wodę mineralną również

Co do Niedurnego 50... Jakby było wszystko w porządku to chyba nie było by o to tyle hałasu. Fakt zapałki poprzyklejane to robota mieszkańców. Jednak odpadające tynki to chyba ząb czasu.[/quote]

Szanowny Panie !

Trudno jest zadowolić ludzi, co to uważają, że wszystko im się należy i to natychmiast. Jak już napisałem, w budynku przy ul. Niedurnego 50 w ostatnich latach wykonano szereg kosztownych prac. Mimo to mieszkańcy nie tylko nie są zadowoleni, ale dodatkowo domagają się malowania klatek schodowych, które zdewastowali. Myślę, że takie działanie jest możliwe. Miasto winno pomalować owe nieszczęsne klatki i obciążyć kosztami sprawców dewastacji, czyli lokatorów. Solidarnie. Jeśli ktoś natomiast nie chce mieszkać w gminnym budynku, może sobie zawsze wynająć inne mieszkanie, najlepiej w prywatnej kamienicy. Ciekawi mnie jedynie, jaka będzie reakcja właściciela takiego budynku na odciskanie brudnych rąk na ścianach klatki schodowej ?
Nadmieniam, że żądania wykonania naraz wszelkich możliwych remontów w jednym obiekcie są, mówiąc delikatnie, bezczelne. Miasto posiada dziesiątki budynków, które zostały przejęte od zakładów przemysłowych i stara się je remontować. Część z nich to obiekty zabytkowe. Przywracanie im świetności to proces wieloletni i kosztowny, co widać najlepiej w Nowym Bytomiu. Jednak każdy, kto obserwuje Rudę Śląską w okresie ostatnich dziesięciu lat, dostrzeże wiele pozytywnych zmian, czego i Panu życzę. Niestety, nie da się zrobić wszystkiego naraz.
Pozdrawiam serdecznie, Henryk Mercik.




| Polska bieda jest biedniejsza.. zaglebie weglowe, Nowa Huta, Ruda
| Slaska ..czarny deszcz, jakis Elblag
| zardzewialy ciagnik przezytek dawnych lepszych PGRow, pare dresow
| przed ryneczkiem w malym pierdziszewie patrzy by cie skroic z 10 PLN,
| 2BR i dwie rodziny, uzywajace jednego kibla...

| Czy ja wiem ? W Polsce bieda jest taka, ze ludziom nie oplaca sie
| pracowac za 350 $ bo wiecej dostaja za darmo od panstwa (panstwo placi
| czynsz, zapewnie darmowa sluzbe zdrowia, daje kase na jedzenie, zapewnie
| darmowe przejazdy komunikacja miejska, jakies tam wejscia na basen czy
| do teatru itp.). Takie czasy :) A jeden kibel na dwie rodziny to chyba
| zadna tragedia :)

| --
| pozdrawiam
| Mithos

| http://www.mps.gov.pl/index.php?gid=538
| poczytaj ...ciekawe czy przezyjesz za to w duzym miescie....

| panstwo placi czynsz - mieszkania komunalne z cieknacym dachem ?
| zapewnie darmowa sluzbe zdrowia- jak boli cie zab to wyleczysz za
| darmo ale za 2 miesiace...

| daje kase na jedzenie - jak wyzej .. omasta z kvasem + Hellena do
| popicia
| zapewnie darmowe przejazdy komunikacja miejska, jakies tam wejscia na
| basen czy

| do teatru itp  - szczegolnie do teatru mnie interesuja ....

| Reasumujac jesli jeden kibel na dwie rodziny to nie tragedia to
| oznacza to ze nigdy tu nie byles I nie wiesz jak mozna normalnie
| zyc .. nie mowie oczywiscie o duzych aglomeracjach typu NYC bo tam
| jeden kibel na 2 rodziny (raczej 5 roommatow) to nie tragedia ..ale
| NYnie jest normalne miejsce bo dlaczego lousy 1BR z karakanami ma
| kosztowac $2000 za miech ? dlatego ze sie nazywa NYC?, bo tak sie duzo
| tam dzieje?, bo taki zajebisty klimat? (...ze nie wiesz kiedy ktos znow
| cos wysadzi)...bylem kilka razy I wieksza syfiarnia chyba tylko w
| Detroit jest ...- Hide quoted text -

| - Show quoted text -

o, nie byles w Chicago chyba. Detroit nie jest teraz takie zle - mozna
kupic dom za  $  5000  i wynajmowac section eight ....hehe


W Chicago taka sama syfiarnia ...co do wynajecia na secion 8 dla
czarnochow to gwarantuje ci ze raz w miesiacu bedziesz musial cos
naprawic...a domy sa za 25-30 na Hamtramick gdzie jest dretwiej niz w
Rybniku...White Star, na rogu Arab jak sie idzie pekaja oczy ...



Jakby ktoś chciał wynająć dwupokojowe mieszkanie w Rudzie Śląskiej, to pisać do mnie.

Kreatywność do kwadratu:

Czy autostradą A4 będziemy jeździć z biletem zerowym?

Tomasz Głogowski 29-08-2005 , ostatnia aktualizacja 29-08-2005 22:43

Renomowana brytyjska firma doradcza Mott MacDonald będzie się zastanawiać, jak rozwiązać problem bezpłatnego przejazdu autostradą A4 na terenie aglomeracji katowickiej. Na bramkach wjazdowych dostaniemy najpewniej tzw. bilety zerowe

Kontrakt z firmą Mott MacDonald podpisano w minioną niedzielę. Brytyjscy inżynierowie będą mieli trudne zadanie. Nie potrafiła sobie z nim jak dotąd poradzić Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Chodzi o to, jak sprawić, by mieszkańcy aglomeracji katowickiej nie płacili za przejazd autostradą A4 z Katowic do Gliwic?

Pierwszy punkt poboru opłat stanie już w Chorzowie Batorym lub w Rudzie Śląskiej Wirku, drugi w Żernikach koło Gliwic. Oprócz tego przy zjazdach z autostrady w Bojkowie, Ostropie i Kleszczowie ustawione zostaną mniejsze bramki.

Takie rozmieszczenie bramek zdenerwowało śląskich kierowców. Do tej pory GDDKiA obiecywała bowiem, że do Gliwic będziemy podróżować za darmo. - Z opłat na pewno będą zwolnieni kierowcy, którzy mieszkają w aglomeracji katowickiej - uspokaja Andrzej Maciejewski, rzecznik prasowy GDDKiA.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Mott MacDonald zaproponował już wstępne rozwiązania. Punkty poboru opłat - jego zdaniem - można przesunąć poza województwo śląskie. Pomysł jest jednak zbyt kosztowny i prawdopodobnie wyląduje w koszu.

Najbardziej prawdopodobne rozwiązanie to wprowadzenie tzw. biletów zerowych. Będziemy je odbierać na bramkach ustawionych na drogach dojazdowych do autostrady A4, m.in. przed węzłem Murckowska, w Bojkowie, Ostropie i Kleszczowie. Każdy, kto w punkcie poboru opłat pokaże taki bilet, nie zapłaci za przejazd śląskim odcinkiem A4.

To rozwiązanie ma jednak jeden poważny minus. Z biletów zerowych na śląskim odcinku A4 będą mogli też korzystać kierowcy spoza aglomeracji katowickiej. Wystarczy tylko, że na A4 wjadą bocznymi drogami w rejonie Katowic czy Gliwic. - Po to wynajęliśmy firmę doradczą, żeby poradziła sobie z tym problemem - mówi Maciejewski.

Budowa bramek rozpocznie się w przyszłym roku, po wyłonieniu koncesjonariusza, czyli firmy pobierającej opłaty.

Do przetargu, który rozstrzygnięty zostanie we wrześniu, staną dwie firmy: Stalexport Autostrada Śląska i Autostrada Południe.

wg http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,2892062.html

Mam do wynajęcia mieszkanie w Rudzie Sląskiej, 37mkw, 1 duży pokój i kuchnia. Dobry dojazd do Katowic, Gliwic i Zabrza. Tanio, ale zależy mi na uczciwych mieszkańcach. 698682751 Emilia z WŻCh Bytom

LOKAL UŻYTKOWY O POW.CAŁK. 760m2 poziom zerowy 600m2 POŁOŻONY W ŚCISŁYM CENTRUM MIASTA TARNOWSKIE GÓRY .
LOKAL DO WYNAJĘCIA i SPRZEDAŻY MOŻNA Z NIEGO ZROBIC 2,3,4 i WIECEJ LOKALI albo MOZNA ZROBIC PO ADAPTACJI NA ZAPLECZU MIESZKANIE DWU POZIOMOWE OKOŁO 200m.kw i.p LOKAL MOŻE SŁUŻYĆ JAKO MARKET DYSKOTEKA, PUB,FITNES CLUB, SILOWNIA, GASTRONOMIA DANCING,PLACÓWKA REHABILITACYJNA, GABINETY LEKARSKIE WRAZ Z PRACOWNIAMI LABORATORIAMI PO ADAPTACJI MOŻNA ZROBIĆ 3 KONDYGNACJE POŁOŻENIE NIERUCHOMOŚCI: ścisłe centrum miasta w promieniu 100 m poczta,banki,szkoly podstawowe i ponad podstawowe , urząd miasta ,zus, urząd skarbowy, dworzec pkp i autobusowy, fitnes, pub, siłownia, solaria, policja Wszystkie media : instalacja wodno kanalizacyjna, elektryczna 230/400 V 15kW, pomieszczenia sanitarne i socjalne, biurowe i magazynowe, duza sala sprzedaży, instalacja p.poż hydranty wyjścia awaryjne oświetlenie awaryjne 24V wentylacja oddymiająca, własna kotłownia węglowa z kotłem oszczędnościowym albo wykonany kompletny projekt na centralne ogrzewanie gazowe DOSTAWA TOWARU MOŻLIWA JEST SAMOCHODAMI 10 i 20 Tonowymi Całodobowo lecz najlepiej pojazdami 10 tonowymi od godz. 5:00 do 9:00 albo od godziny 17:00 natomiast pojazdami 20 tonowymi najlepiej dostawy organizować w od godziny 17:00 do 6:00 wynajem 20,00 zł netto plus media (- 40% na koszty związane z adaptacją do całkowitego zrewaloryzowania poniesionych kosztów z tym związanych) - do negocjacji sprzedaż 3300,00 netto metr kwadratowy – do negocjacji W promieniu 10 km m.in. w takich miejscowościach jak: Świerklaniec , MiasteczkoŚl ., Radzionków ,Nakło,mieszkaok.120tys.osób.Natomiast w odległości do 25 km zamieszkuje ok. 900 tys. osób m. in. w takich miastach jak: Bytom, Gliwice, Ruda Śl. Chorzów albo mniejszych miejscowościach.Ze względu na położenie nieruchomość jest bardzo dobrze skomunikowana zarówno z obszarem aglomeracji katowickiej jak i resztą kraju.tel.kom 0-503 593 951 mail: 6409@stk.net.pl

----- Original Message -----

Sent: Wednesday, January 29, 2003 1:34 PM
Subject: Re: Projekt Giełda Komputerowa

1.Wiesz raczej nikt ci nie wynajmie hali czy salli bez wyłożenia gotówki
przed rozpoczęciem imprezy, tj. normalne. To możliwe było by po
dłuższej współpracy.


Załóżmy, że jesteś firmą, która boryka się z problemami finansowymi a ma
niewykorzystaną halę (np: kopalnia, PKP, huta itp.)
Niewykorzystywana hala stoi i niszczeje, hultaje wybijają okna i pomalutku
ją rozbierają. Czy nie zaryzykowałbyś udostępnienia jej komuś, kto
zaopiekuje się halą a na dodatek po rozhulaniu interesu będzie płacił Ci
czynsz? Dlaczego taka firma nie mogłaby mi dać takiej hali na próbę ? Kilka
miesięcy gratis, żeby rozkręcić interes, potem będę płacił kasiorę.
Jeżeli firma wychodzi z założenia "wolę stracić ale tobie nie dam" to
trudno - niech traci a ja poszukam gdzieś indziej.

2. Też myślałem nad taką giełdą, ale tu jest jednak problem jakiejś
większej
gotówki.


Racja !!! Gdybym miał odpowiedni zasób kapitału to rozkręciłbym to szybko i
bez większego kombinowania. Ale nie mam :)
Więc muszę patrzeć z poziomu na jakim się znajduję. Zorganizowanie tego
wszystkiego zajmie mi duuuużo czasu i pewnie kilka osób znienawidzi mnie za
natręctwo ale co tam :)) Jak się człowiek napracuje to potem lepiej jedzenie
smakuje :D

(jednak zrezygnowałem z innego powodu)
Po pierwsze, tak naprawdę aby zapewnić dużą ilość wystawiających
się firm/ludzi musisz zagwarantować im dużą liczbę odwiedzających.
Więc na początku darmowe stoiska, bowiem oni muszą zobaczyć czy
ktokolwiek się będzie pojawiać i będzie handel. (znalezienie na
darmowe stoiska raczej powinno się udać).


Też racja ! Ja takie darmowe udostępnianie nazywam promocją. Też
uwzględniłem.

Darmowe wejście dla ludzi aby zobaczyli że warto tam przychodzić
bo jest konkurencja i duży wybór.
Wiec 1-2 mies. musisz płacić za sale/hale. Aby zapewnić odpowiednią
ilość ludzi musisz też poprowadzić kampanie reklamową.
OT cały koszt.


Uprościłeś to maksymalnie (zapomniałeś o obsłudze giełdy i organizacji) ale
masz rację.
A co jeśli powiem, że problem reklamy już rozwiązałem (teoretycznie na
razie).
Dodatkowo mam kilka zapomnianych pomysłów, które wspomogą działanie giełdy,
przyciągną ciekawskich ludzi zarówno sprzedających jak i kupujących. ;)
W planie który opracowuję największym kosztem na razie jest poświęcenie
czasu i własnej pracy (oczywiście nie biorę tu pod uwagę kosztów tj.
telefonów, wyjeżdżonego paliwa, albo biletów autobusowych itp., które da się
przełknąć).

Nie wierz że uda ci się to jak dasz stawki za wejście na giełdę
i dla wystawiających się. PO PROSTU NIE UDA SIĘ!


Jeśli plan i przyszli współpracujący ludzie nie zawiodą to UDA się UDA !!!!
:)))

Pozdrawiam,
NETborg

P.S.
Jeśli któryś biznesmen z grupy mieszka w okolicach Rudy Śląskiej i czuje, że
chciałby zaangażować się w organizację takiego przedsięwzięcia to zapraszam
na priv.


Jest szansa, że lubiński dworzec PKP nabierze blasku...

=========================================================

POLSKA Gazeta Wrocławska
Dworce nie będą straszyć, bo PKP szykują rewolucję

Inwestorzy ostrzą sobie zęby na nasze stacje. PKP chce je wynająć lub oddać zupełnie za darmo.
Jest szansa, że przestaniemy się wstydzić za wygląd dolnośląskich dworców kolejowych. Te w samym Wrocławiu Polskie Koleje Państwowe chcą wreszcie gruntownie wyremontować i zagospodarować.

Zmiany czekają też ponad 40 budynków stacyjnych w innych miejscowościach regionu. 23 z nich kolejarze gotowi są oddać lokalnym samorządom, a trzy - Szklarską Porębę Dolną, Zagórze Śląskie i Lubin Górniczy - sprzedać prywatnym inwestorom. Kolejnych 15 małych stacji - głównie na wsiach - zostanie wyburzonych, bo ich remont byłby kosztowny, a budynki i tak nikomu by się nie przydały.

Z decyzji PKP już cieszy się Ryszard Pacholik, wójt Kobierzyc. Jego gmina jest na liście tych, którym kolejarze są gotowi podarować stację. Pacholik zamieni ją na mieszkania. - Mamy kilka rodzin, które potrzebują swoich czterech kątów. Liczę na to, że szybko mógłby trafić do przebudowanego budynku dworca - wyjaśnia.
Największe emocje wzbudzają jednak stacje w samym Wrocławiu. W PKP dobrze wiedzą, że te są warte fortunę. Nie będą ich więc sprzedawać, ale poszukają firm, które razem z koleją zajmą się zagospodarowaniem budynków, a potem będą czerpać z tego zyski.

- Najatrakcyjniejszy jest tu zdecydowanie Dworzec Świebodzki - twierdzi Jerzy Kamiński, ekspert od rynku nieruchomości. - To teren, o który inwestorzy mogą się zabijać. Jest świetnie położony, a w przyszłości znów mają kursować stąd pociągi. Tuż obok gmachu będzie przecież można budować biura czy centra handlowe - wylicza. Zachwala również dworce Mikołajów i Nadodrze.

Kolej poszukuje też partnerów do inwestycji w swoim sztandarowym wrocławskim obiekcie - na Dworcu Głównym. Na początku przyszłego roku ma rozpocząć się jego remont.
- Środki na prace mamy już zapewnione - cieszy się Michał Wrzosek, rzecznik prasowy PKP.
Kolejarze szukają jednak przedsiębiorstw, które pomogą w stworzeniu na dworcu galerii handlowej. - To świetne miejsce, choć nie można tam liczyć na dużą powierzchnię handlową, co jest - niestety - sporym minusem - mówi Wojciech Gepner, rzecznik prasowy Echo Investment, firmy do której należy m.in. wrocławski Pasaż Gruwnaldzki. - Na pewno jednak pochylimy się nad taką ewentualnością.

Adrian Furgalski, dyrektor Zespołu Doradców Gospodarczych "TOR" uważa, że im mniej PKP na dworcach kolejowych, tym lepiej. - Niestety, dworce w Polsce są w opłakanym stanie, a PKP nie potrafią się nimi odpowiednio zająć. W takim tempie, w jakim teraz remontowane są dworce, normalności doczekamy się dopiero za 100 lat - komentuje.

Te dolnośląskie dworce doczekają się wreszcie remontów:
Wrocław - Mikołajów, Wrocław - Pracze Odrzańskie, Wrocław - Kuźniki, Wrocław - Leśnica, Wałbrzych - Miasto, Wałbrzych - Główny, Legnica

Te dolnośląskie dworce i stacje PKP chce przekazać samorządom:
Kąty Wrocławskie, Oborniki, Wałbrzych-Szczawienko, Bystrzyca Kłodzka, Kudowa -Zdrój, Lądek-Zdrój, Głuszyca, Głuszyca Górna, Bartnica, Ludwikowice Kłodzkie, Nowa Ruda, Ścinawka Średnia, Gorzuchów Kłodzki, Żarów, Leśna, Szklarska Poręba Górna i Średnia, Jedlina Górna, Rudna Miasto, Bielany, Kobierzyce, Sobótka Miasto, Świętoszów.

Te dworce i stacje PKP chce sprzedać prywatnym firmom lub samorządom:
Szklarska Poręba Dolna, Zagórze Śląskie, Lubin Górniczy
Zobacz także:
OFERTA PKP S.A Oddział Dworce Kolejowe
KATALOG ZNISZCZONYCH DWORCÓW

Te dworce i stacje z Dolnego Śląska PKP chce wyburzyć:
Krosnowice Kłodzkie, Żelazno, Stary Wielisław, Zdrojowisko, Marcinowice Świdnickie, Grabina, Kowary Średnie, Górzyniec, Bukówek, Rynarcice, Żukowice, Stare Rochowice, Sadowice Wrocławskie, Ubocze, Jelenia Góra Celwiskoza.

źródło : http://wroclaw.naszemiast...ia/1001235.html

Dawno mnie nie było bo wola sie poczytać niż pisać wypociny ale wkurwiłech sie czytając bloga od naszego Chorzowskiego radnego, powtarzom -Chorzowskiego a pedziołbych że to jawny żabol/może mo pochodzenie inne/. zostawia to bez komentarza, szczegulnie słowa porównujące nos do szowinistycznego zaścianka!!! Wkurwio mnie że polityki sie stawiają za dupnych kibiców co coś chcą zmienić. Jemu sie nie podobo że miasto płaci za wynajem stadionu...A mnie sie sie podobo że miasto płaci za oświetlenie kościołów i co? Gej

"W ubiegłym roku odbyły się WIELKIE DERBY ŚLĄSKA (mecz Ruch Chorzów – Górnik Zabrze). Obecnie mówi się (patrz tytuły gazet) o NIEWIELKICH DERBACH ŚLĄSKA. Dlaczego tak musi być?

Zarząd Ruchu Chorzów na zewnątrz (czyli w kraju) jest bardzo dobrze odbierany. Składają się na to takie działania promocyjne jak, wejście na giełdę New Connect, podarowanie Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy najlepszego miejsca na koszulkach, podpisanie umowy współpracy z Teatrem Rozrywki. Wszystko to zapowiadało rodzenie się klubu nie tylko lokalnego – chorzowskiego, ale klubu całego Górnego Śląska. Tym bardziej z wielkim niesmakiem odbieram wszystko to, co się dzieje wokół tzw. Wielkich Derbów Śląska. Jeżeli wziąć pod uwagę, że cała runda wiosenna będzie rozgrywana na największym w Polsce obiekcie – Stadionie Śląskim, za którego wynajęcie miasto Chorzów zapłaci 250 tys. zł, to wydaje się, że dobrym krokiem w kierunku poszerzenia bazy kibiców o miasta ościenne tzn. Katowice, Świętochłowice, Ruda Śląska, Zabrze, jest odpowiednia organizacja widowni na najbliższy mecz. Rok temu atmosfera na Stadionie Śląskim była wspaniała, szczególnie wielkie znaczenie miał wypełniony po brzegi Stadion Śląski, przy czym duży udział mieli tutaj kibice Górnika Zabrze, którzy otrzymali 12,5 tys. biletów. W zeszłym roku „Wielkie Derby” odniosły sukces, a teraz… Czytam gazety i dowiaduję się o jakiejś nowej strategii Zarządu Ruchu, co oddaje tytuł artykułu: „Niewielkie Derby Śląska” (Dz.Z.24.01.2009). I to już właściwie wszystko mówi. Najpierw powiem jak według mnie powinno być. Budując „Wielki Ruch Chorzów” trzeba zakładać, że będzie on rozgrywał swoje mecze na Stadionie Śląskim. Aby więc wypełnić tak duży obiekt, trzeba zachęcić do przyjścia na mecze wszystkich kibiców – nie tylko „swoich chorzowskich”. Należy zachęcić do przyjścia kibiców niezależnie od tego gdzie mieszkają i komu kibicują. Tylko taką strategię wybrałby profesjonalnie prowadzony klub. Nie może być mowy o żadnej dyskryminacji, także cenowej. W innym przypadku mamy zaścianek.
Z Gazety Wyborczej dowiedziałem się, że kibice Górnika Zabrze dostaną 5% kart wstępu, to jest 2 tys. miejsc, gdyż jest to zgodne z wytycznymi Ekstraklasy S.A., która organizuje rozgrywki.
Szanowna Pani Prezes! Na Śląsku wiele rzeczy można zrobić „normalnie” bez podpierania się biurokratycznymi przepisami. Jeżeli prawdą jest, że w decyzjach Zarządu Ruchu zasadniczy wpływ mieli kibice Ruchu, to nic tylko pogratulować doradców. Jeszcze raz powtarzam, jest doskonała okazja zacząć budować Ruch, jako klub całego Górnego Śląska i pokazać wszystkim, że odrzucamy szowinistyczny zaścianek."

pogrzebałam sobie w internecie o krematorium i prosze co znalazłam "400 podpisów przeciwko budowie krematorium "

Mieszkańcy Małego Kacka złożyli wczoraj w Urzędzie Miasta Gdyni petycję przeciwko budowie krematorium na cmentarzu przy ul. Spokojnej. Widnieje pod nią 400 podpisów.

To dopiero początek walki - zapowiadają gdynianie.
Kolejne 600 podpisów ma trafić do magistratu w ciągu najbliższych dni. Mieszkańcy twierdzą, że to dopiero początek akcji, jaką rozpoczęli w niedzielę wieczorem podczas spotkania pod bramą cmentarza. Zebrało się tam kilkadziesiąt osób.

- Nie jesteśmy przeciwni samej budowie krematorium, ale nie chcemy, by ten kojarzący się tak źle w naszym kraju obiekt powstał tuż pod naszymi oknami - tłumaczy Władysław Borowski, mieszkaniec ulicy Lidzkiej. - Przecież można wybudować to krematorium gdzie indziej, na przykład w Pierwoszynie. Rozumiemy, że obiekt ma być w pełni nowoczesny, ale jeśli nastąpi np. awaria filtrów w czasie palenia zwłok, dym uderzy prosto w nasze okna.

W niedzielę pod bramą cmentarza wśród protestujących był także Paweł Zygiert, gdyński radny mieszkający w Kacku.
- Wybieram się we wtorek do wiceprezydenta Stępy i będę prosił, by wyjaśnił wszelkie kwestie związane z budową krematorium. W imieniu mieszkańców zaproszę też wiceprezydenta na spotkanie - zapowiada Paweł Zygiert.

- Jesteśmy jak najbardziej za nowoczesnością, ale uważamy, że tego rodzaju działalność powinna być prowadzona poza zabudową miejską.
Do Marka Stępy, wiceprezydenta Gdyni, wczoraj po południu petycja jeszcze nie dotarła.

- Ale wiem, że jest już w urzędzie - mówił wczoraj. - Zapoznam się z uwagami mieszkańców i przygotuję wyczerpującą odpowiedź. Zaznaczam jednak, iż planujemy budowę kaplicy cmentarnej, a nie krematorium. Zamierzamy tylko zostawić w niej miejsce, w którym w przyszłości będzie mogło powstać krematorium. Z doświadczeń wielu miast europejskich, w tym także polskich: Poznania, Warszawy i Gdańska wynika, iż krematoria nie są obiektami uciążliwymi dla otoczenia i nawet najbliżsi sąsiedzi nie mają się czego obawiać. Niemniej podkreślam, iż decyzji o budowie takiej instalacji w Gdyni nie podjęto.

Mieszkańcy zapowiadają, iż na pisaniu petycji nie poprzestaną, ale obiecują swoich praw dochodzić tylko drogami formalnymi, pikiet nie planują.

W Gdańsku też protestowali
W Trójmieście działa tylko jedno krematorium - przy cmentarzu Srebrzysko. Oddano je do użytku w czerwcu 2002 roku. Kiedy tylko podano do wiadomości publicznej, że krematorium na Srebrzysku ma powstać, mieszkańcy okolicznych osiedli protestowali. Najpierw zbierano podpisy pod petycjami. Pod protestem, który trafił do wojewody pomorskiego, podpisało się tysiąc osób. Wojewoda jednak protest odrzucił, twierdząc, że mieszkańcy nie są stroną w sprawie. Mieszkańcy wynajęli więc prawników, którzy mieli im pomóc w walce o wstrzymanie budowy. Do protestu włączyły się także okoliczne spółdzielnie mieszkaniowe. Sprawa trafiła też do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Jednak niewiele to zmieniło - inwestor, czyli "Zieleń", zapewnił mieszkańców, że nie zamierza wstrzymać budowy do czasu wydania wyroku przez sąd. Gdańskie krematorium powstało jako piąte w kraju i pierwsze na Wybrzeżu. W 2005 roku w Polsce krematoria były już w 8 miastach: Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Gdańsku, Rudzie Śląskiej, Bytomiu, Częstochowie i Szczecinie.

czyli jest to kontrowersyjna inwestycja nie tylko dla mieszkanców radwanic ...takze ostroznie z przypinaniem mam łatek w stylu-ciemnogród:)


Czy autostradą A4 będziemy jeździć z biletem zerowym?

Renomowana brytyjska firma doradcza Mott MacDonald będzie się zastanawiać, jak rozwiązać problem bezpłatnego przejazdu autostradą A4 na terenie aglomeracji katowickiej. Na bramkach wjazdowych dostaniemy najpewniej tzw. bilety zerowe

Kontrakt z firmą Mott MacDonald podpisano w minioną niedzielę. Brytyjscy inżynierowie będą mieli trudne zadanie. Nie potrafiła sobie z nim jak dotąd poradzić Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Chodzi o to, jak sprawić, by mieszkańcy aglomeracji katowickiej nie płacili za przejazd autostradą A4 z Katowic do Gliwic?

Pierwszy punkt poboru opłat stanie już w Chorzowie Batorym lub w Rudzie Śląskiej Wirku, drugi w Żernikach koło Gliwic. Oprócz tego przy zjazdach z autostrady w Bojkowie, Ostropie i Kleszczowie ustawione zostaną mniejsze bramki.

Takie rozmieszczenie bramek zdenerwowało śląskich kierowców. Do tej pory GDDKiA obiecywała bowiem, że do Gliwic będziemy podróżować za darmo. - Z opłat na pewno będą zwolnieni kierowcy, którzy mieszkają w aglomeracji katowickiej - uspokaja Andrzej Maciejewski, rzecznik prasowy GDDKiA.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Mott MacDonald zaproponował już wstępne rozwiązania. Punkty poboru opłat - jego zdaniem - można przesunąć poza województwo śląskie. Pomysł jest jednak zbyt kosztowny i prawdopodobnie wyląduje w koszu.

Najbardziej prawdopodobne rozwiązanie to wprowadzenie tzw. biletów zerowych. Będziemy je odbierać na bramkach ustawionych na drogach dojazdowych do autostrady A4, m.in. przed węzłem Murckowska, w Bojkowie, Ostropie i Kleszczowie. Każdy, kto w punkcie poboru opłat pokaże taki bilet, nie zapłaci za przejazd śląskim odcinkiem A4.

To rozwiązanie ma jednak jeden poważny minus. Z biletów zerowych na śląskim odcinku A4 będą mogli też korzystać kierowcy spoza aglomeracji katowickiej. Wystarczy tylko, że na A4 wjadą bocznymi drogami w rejonie Katowic czy Gliwic. - Po to wynajęliśmy firmę doradczą, żeby poradziła sobie z tym problemem - mówi Maciejewski.

Budowa bramek rozpocznie się w przyszłym roku, po wyłonieniu koncesjonariusza, czyli firmy pobierającej opłaty.

Do przetargu, który rozstrzygnięty zostanie we wrześniu, staną dwie firmy: Stalexport Autostrada Śląska i Autostrada Południe.


źródło: www.gazeta.pl/

coraz bardzioej zaczynam uwazac ze winiety w polsce owinno sie wprowadzic... po jaka cholere az tyle bramek. pomysl z mniejszymi bramkami na trasach dojazdowych ma swoje plusy - placi sie za odcinek ktory sie przejechalo, ale tylko jezeli na bramce poczatkowej zbieraloby sie jakis tiket ze sie wjezdza a na wyjazdowej placi za przejazd (wtedy to imo ma sens). ale minusem sa cholere korki na tych małych bramkach wjazdowych i utrudnienia w ruchu (nie wyobrazam sobie jeszce wiekszych korkow na wezle murckowskim - i tak jest koszmar zeby sie dostaz z i na autobahne).

pomysl z bramkami przed i za aglomeracja to rozwiazanie rzeczywiscie pozornie dobre. kierowcy by sie wycfaniali i jezdzili przez centrum jaworzna albo w drugiej str przez gliwice - caly tranzyt lecialby centrami miast i idea autostrady, ktora mialaby rozladowac i usprawnic ruch, szczegolnie dlugodystansowy, po prostu by padla.

wiec dla mnie albo winiety albo male bramki przy kazdym wjezdzie/zjezdzie, ale z szybkim uiszczaniem oplat...

a co Wy myslicie?

ps. a nasze Silesia City Centre rosnie w oczach - i to zastraszajaco szybko tylko patrzec i bic brawo polecam ja juz sie doczekac nie moge

--------------------------------------------------------------

Cd

Wpływ przemysłu na otoczenie.

Długotrwałe oddziaływanie przemysłu powinno całkowicie unicestwić tutejszą przyrodę. Tak jednak nie jest. Chociaż jest ona zupełnie inna niż na obszarach nieuprzemysłowionych, to stale odradza się po zniszczeniach.
Niezwykle charakterystycznymi elementami pejzażu przemysłowego są różne stawy, glinianki, zapadliska wypełnione wodą, w których szybko pojawiają się rośliny wodne, ptaki a nawet ryby.

Nawet hałdy kamienia kopalnianego i żużli hutniczych po pewnym czasie porastają trawami, ziołami i drzewkami. Wszystko to tworzy specyficzny wygląd pejzażu, czasem bardzo malowniczego.

Kolonie robotnicze.

Budownictwo mieszkaniowe dla robotników powstałe w XIX i XX wieku w związku z rozwojem przemysłu ma, jak już wspomnieliśmy, do dzisiaj wpływ na wygląd i charakter wielu ulic, dzielnic i całych miast np. Bytom, Chorzów, Czerwionka - Leszczyny, Gliwice, Knurów, Mysłowice, Ruda Śląska, Rybnik, Siemianowice, Świętochłowice, Wodzisław i Zabrze.

Historia budownictwa patronackiego na Górnym Śląsku zaczyna się w II połowie XVIII wieku wraz z tzw osadnictwem fryderycjańskim, akcją planowego zasiedlania ziem Prus, w tym nowo zdobytej prowincji śląskiej. Rozpoczęto ją w 1740 roku, a rozwinięto w 1762 po wojnie siedmioletniej. Powstało wówczas około 900 kolonii, w tym około 250 na Śląsku.

Były to osiedla dla robotników i majstrów, służby leśnej i administracji państwowej.
Te pierwsze nie były duże - kilka domów niezbyt kosztownych. Jeżeli istniała potrzeba, dobudowywano następne, najczęściej były to "ulicówki". Domy murowane, parterowe, na rzucie prostokąta z dwoma dwuizbowymi mieszkaniami. Do każdego mieszkania należał mały budyneczek gospodarczy i pole, którego uprawa powiększała dochody danej rodziny.

Następnym etapem budownictwa patronackiego były domy budowane w systemie "Beihilfe". System polegał na udzieleniu nisko oprocentowanej pożyczki na budowę domu robotnika przez zakład. Pożyczka była potrącana ratami z comiesięcznej pensji, a po spłacie dom przechodził na własność budowniczego. By spłacić pożyczkę nie narażając się jednocześnie na drastyczne obniżenie poziomu dochodów budowano domy dwumieszkaniowe,
aby czynsz za wynajęcie obcym drugiego lokalu pokrywał koszt spłaty kredytu.

Do domu nadal przylegała działka ziemi uprawnej. Drugie mieszkanie wolno było wynajmować tylko robotnikom z tego zakładu, który finansował kredyt. Oczywiście kredyty uzyskiwali robotnicy lepiej zarabiający, wykwalifikowani. Robotnicy sezonowi, niewykwalifikowani nie mieli szans na taki kredyt.

Od lat 60-tych XIX wieku zakłady zaczęły budować domy zakwaterowania zbiorczego tzw noclegownie, dla coraz liczniejszej grupy robotników z Królestwa i Galicji.
Obowiązywał regulamin publikowany po polsku i niemiecku.
W tym czasie znacznie zmniejszono powierzchnię działek przydomowych, które stały się ogródkami.

Zaczęły powstawać domy czynszowe. Budowali je w pobliżu zakładów przemysłowych ludzie, których ziemię wykupiono pod budowę nowych zakładów przemysłowych.
Ziemię tę kilkadziesiąt lat wcześniej chłopi otrzymali wraz z uwłaszczeniem od zależności feudalnej.
Małe kamienice jednak nie rozwiązały problemów mieszkaniowych w szybko rozwijających się miejscowościach przemysłowych.

Cdn

Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Mar 11, 2005 - 01:55 PM

Gość

Interesuje mnie czy trudno dostać się na animację społeczno-kulturalną. Jakie wymagania trzeba spełnić i o jaką aktywność kulturalną chodzi konkretnie. Za wszelkie udzielone informacje serdecznie dziękuję.

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Kwi 10, 2005 - 11:29 AM

Ja tez czekam na wszelkie informacje. Mam nadzieje że wreszcie ktos napisze...Dziekuję

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Kwi 13, 2005 - 07:23 PM

Witam.
Jestem co prawda studentem innego kierunku ale z rozmow z moimi znajomymi z ASK-animacji społeczno kulturalnej, wynika że wcale nie jest się trudno dostać. Wszystkie informacje jakie należy posiąśc aby dobrze sie przygotować są zamieszczone w tym linku---> tu także nie ma się co stresować że się nie dostaniecie, wystarczy tylko przeczytać tą ksiązkę i wszsystko będzie git, a rozmowa kfalifikacyjna to juz pikuś Życze powodzenia i do zobaczenia w październiku:)

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Kwi 13, 2005 - 07:25 PM

Aha jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości to piszcie ---> pieku@o2.pl

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Kwi 15, 2005 - 09:14 PM

Bardzo Ci dziękuję za wskazówki.Pozdrawiam

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Kwi 15, 2005 - 09:24 PM

Jeszcze chcę zapytać czy ta rozmowa kwalifikacyjna jest tylko w oparciu o moja działalność kulturalno-społ.(czyli moją teczke)albo tez pytaja o cos innego??Dziękuje jeszcze raz.

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Kwi 27, 2005 - 05:44 PM

zdecydowanie o cos innego! ale to w sumie zalezy na kogo się trafi... ja miałam tez zaszczyt trafić na dr Kanię, więc ptał mnie o historię mojego miasta i to, jak umarł autor mojej ulubionej książki...
o teczkę nie pytał w ogóle.

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Cze 06, 2005 - 09:19 AM

Hej! Ja też chciałbym zdawać na ASK ale mam jeden problem. Musiałbym mieszkać w Cieszynie bo dojazd codziennie troche odpada Możecie napisać coś o wynajęciu mieszkań?? Czy trudno jest znalezc cos fajnego i taniego?? Czy orientujecie się mniej więcej jakie są ceny?? Pozdrawiam i czekama odpowiedź

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Lip 08, 2005 - 07:05 AM

hej! ja włąsnie wróciłem z egzaminów na ASK DOSTAŁEM SIE wiec pozdrawiam wszystkich studentów tego kierunku i do zobaczenia w pażdzierniku! nawiązując do ostatniego posta to ceny kademików kształtują sie w granicach 207 zł za najdrozszy (DSN) z tego co sie orientuje. ale podobno nam pierwszakom nie dane ebdzie w nim mieszkać :PPPP wiec okolo 180 zł i w tmy juz masz tz media ... pozdrawiam wszystkich i jak ktoś z 2 roku by tu był z ASK to prosze o kontakt ) 1042722 to numer gg ) pozdrówka i papa

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Lip 19, 2005 - 04:40 PM

hej!! ja tez sie dostalem na ASK. teraz mysle jak rozwiazac problem mieszkania. myslalem tez o dojezdzaniu codziennie samochodem ( ok 1h w jedna strone ). teraz musze "obliczyc" co bedzie bardziej oplacalne. moze ktos napisze ile mniej wiecej kosztuje "zycie" studenta w cieszynie. a moze jest ktos chetny do wspolnej jazdy. wtedy skladalibysmy sie na gaz. ja jezdzilbym od katowic. czekam na wszelkie informacje. pozdrawiam

gg. 5205515

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Lip 24, 2005 - 12:51 AM

ja też dostałem się na ASK.Jestem z Gliwic, 1 rok pomieszkam w 'USKA', w przyszłym roku najprawdopodobniej mieszkanie.
Tyym czasem cieszmy się z wakacji.

Do zobaczenia w październiku.

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Lip 30, 2005 - 02:38 PM

Hej:) no to bedziemy studiowac razem.....Tez sie dostałam i jestem z Rudy Śl. Ja równiez planuje narazie akademik a potem może czegoś poszukam.Wie ktos ile ksztuje mniej więcej wynajęcie mieszkania??
Pozdrawiam wszystkich studentów ASK:) papa

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Lip 31, 2005 - 11:51 AM

Cześć;] też sie dostałem, jestem z Rybnika i również jak i Wy drogie koleżanki i koledzy planuje mieszkać w Cieszynie. Myśle że będzie to 1000 razy wygodzniejsze niż codzienne dojeżdżanie. Ja jednak wolałbym porozglądać sie za jakąś stancją... Może jest ktoś chętny do wspólnego mieszkania? Pozdrawiam Wojtek gg 1150507

Gość
Temat postu: Animacja społeczno-kulturalna Wysłany: Sie 18, 2005 - 01:37 PM

http://www.animatorzy.prv.pl/

Witam wszystkich

Wczoraj miałem przyjemność całodniowego podróżowania pociągami Kolei Dolnośląskich i chciałem się ze wszystkimi podzielić swoimi refleksjami. Niestety z Leszna (gdzie mieszkam) do Jaworzyny Śl. musiałem dotrzeć za pośrednictwem PKP IC oraz PKP PR, ale oszczędzę konieczności czytania cierpkich ów, bo dzisiaj zafunduję wszystkim dzień dobrych wiadomości.
Podróż Kolejami Dolnośląskimi rozpocząłem w Jaworzynie wsiadając do pociągu 44020 rel. Legnica - Bystrzyca Kłodzka Przedm. Do Jaworzyny pociąg przyjechał 3 min. przed czasem, wyjechał planowo. W pociągu czysto, ciepło (nie gorąco). Miła pani konduktor z przenośnego terminala sprzedała mi bilet, a maszynista, który kontrolował i w razie potrzeby instruował młodszego kolegę zaczął bardzo ciekawie opowiadać o szynobusie, którym właśnie jechaliśmy. W zasadzie trudno było mieć zastrzeżenia do stylu jazdy maszynisty (był po kursie i miał wszystkie niezbędne uprawnienia), ale podkreślenia wymaga fakt, że mimo to władze KD skierowały drugiego doświadczonego maszynistę aby "miał oko" na wszystko. Dowiedziałem się przy okazji jak wyglądało szkolenie dla załogi. Zorganizowano je na torze doświadczalnym w Żmigrodzie, a prowadzone było przez konstruktorów szynobusów z PESY. Maszyniści poznali budowę pojazdów, sterowanie itd. oraz do oporu jeździli po torze doświadczalnym, gdzie symulowano im przeróżne awarie, poślizgi itp. Po takim szkoleniu maszyniści mogą spokojnie i bezawaryjnie prowadzić pojazdy PESY. Zresztą pan z którym rozmawiałem powiedział otwarcie, że 80% problemów z pesobusami wynika z niewiedzy bądź złej obsługi ludzi jeżdżących nimi. Bardzo pochlebnie wyrażał się o szynobusach produkowanych przez PESĘ. Nawet podczas ostatnich silnych mrozów jeździły praktycznie bezproblemowo, a jedyną awarią było zamarznięcie w Jedlinie Zdr. hamulca jednej osi przy temperaturze -28 stopni. Z tych samych powodów kilkanaście lat temu bipa nie wyjechała z Kłodzka do Wałbrzycha. Tak więc PESA produkuje dobre pojazdy, tylko aby nimi jeździć trzeba je dobrze poznać. Ktoś kto przesiądzie się, bez odpowiedniego szkolenia, z rumuna czy kibla do SA wszystko jedno jakiego, to mimo najszczerszych chęci i dobrej woli nie uniknie problemów. To są zupełnie inne pojazdy i inna technologia ich wykonania. Nieprawdą jest także opinia, że szynobusy nie nadają się do obsługiwania górskich linii. SA132 świetnie radził sobie na stromych podjazdach, a wczoraj padał marznący deszcz i śnieg.
Wracając do tematu podróż mijała bardzo przyjemnie. Pociąg jechał co do minuty, tak że można było regulować zegarki. W toalecie pachnąco, ciepła woda, ręczniki, mydło - pełna kultura.
Frekwencja zwłaszcza na odcinku Kłodzko - Bystrzyca - Kłodzko jak na sobotę wysoka. Wreszcie nastąpiło to, na co czekałem kilka lat – wjechaliśmy na linię do Wałbrzycha (poc. 88023). Na starcie 5 osób, ale do Wałbrzycha dojechało ponad 20. Szlak do Ścinawki Średniej taki jak kiedyś 40 km/h. Dalej 80 więc jazda jak na taką linię bardzo dynamiczna. W Nowej Rudzie wiadukt po remoncie oraz zupełnie nowe torowisko (bezstyk) do NR Przedmieścia. Dalej do Ludwikowic 40 km/h, a po drodze trwające jeszcze remonty dwóch wiaduktów. W Ludwikowicach oprócz wymiany mostownic także przygotowane do montażu dwuteowniki (zatem żadna kosmetyka). W związku z tym dalej po jednym torze, ale do samego Wałbrzycha już 80-tka. I tu nastąpiło coś co wprawiło mnie w osłupienie. Do pociągu wsiadły dwie panie z wynajętej przez KD firmy sprzątającej i zanim skład wrócił z Wałbrzycha Miasta z powrotem do Głównego szynobus został na mokro umyty, ze śmietniczek usunięto wszystkie śmieci, a w ubikacji uzupełniono mydło i papier toaletowy. Dowiedziałem się, że w Kłodzku w pociągach jadących z przyczyn technicznych do pos. Kłodzko Nowe a formalnie zaczynających bieg na po Kłodzko Miasto robione jest dokładnie to samo. Na PKP nie do pomyślenia.
Kolejnym zaskoczeniem (bardzo miłym i budującym) było to, że pociąg 88034 wracający do Kłodzka wypełniony był w prawie 60-ciu procentach i gdyby zamiast SA132 jechał SA135 byłoby ciasno. W pociągu 88025 którym wróciłem do Wałbrzycha frekwencja podobna. Super jak na fakt, że linię uruchomiono zaledwie kilka dni temu. Dalej jechałem już na pokładzie PKP PR i czar prysł. Poza tym szlakowa na linii Wrocław Jelenia Góra jest taka, że linia Kłodzko Wałbrzych wygląda przy niej jak magistrala.
Podsumowując wyrażę szczerą radość z powołania Kolei Dolnośląskich. Reaktywacja linii Kłodzko Wałbrzych jest dla mnie, i sądząc po frekwencji dla innych także, prawdziwym hitem. PLK także muszę pochwalić za całkowitą wymianę torowiska między wiaduktem w Nowej Rudzie i po NR Przedmieśnie. Po starym torze strach było jechać nawet drezyną ręczną. Także prawdziwy, a nie jak napisał ktoś w innym poście, wirtualny remont wiaduktów zasługuje na szczere słowa uznania. Nie wierzyłem, że tak się kiedykolwiek stanie i linia zostanie definitywnie zamknieta, gdy nie znajdzie się już nikt, kto podpisałby warunkowo kolejne przedłużenie rewizji.
Mam także szczerą nadzieję, że beton PKP przestanie rzucać KD kłody pod „koła”. A że tak się niestety dzieje przytoczę kilka przykładów z ostatnich dni. Pomimo oficjalnej decyzji podpisanej przez regionalnego dyrektora PLK pociągów z Wałbrzycha nie wypuszczano z Kłodzka Głównego aż do piątku, przez co KD musiały na odcinku Kłodzko Główne - Kłodzko Miasto organizować zastępczą komunikację autobusową. Absurd i skandal!!! W Legnicy KD podpisały pół roku temu umowę z CARGO na dzierżawę jednego kanału rewizyjnego w tamtejszej lokomotywowni. Ale gdy KD przyjechały jednym z szynobusów na PK (przegląd kontrolny) to nie zostali wpuszczeni. Nie pozwolono także na wodowanie mimo, iż KD chciały uiszczać opłatę ryczałtową. Skończyło się na konieczności zamontowania własnego przyłącza z własnym wodomierzem.
Oby takie i inne sytuacje nigdy już nie miały miejsca a Koleje Dolnośląskie wzbogacały istniejącą i rozszerzały o inne linie swoją ofertę. Zresztą maszynista z którym rozmawiałem z żywym zainteresowaniem wysłuchał moich uwag i propozycji i obiecał przekazać je odpowiednim ludziom.
A najlepiej będzie jak każdy pojedzie i przekona się sam.

cd.

Rozdział II - BLENDA URANOWA W CELTYCKIM GROBIE?

Materiał rozszczepialny w starej mogile? - Wykopaliska pod nadzorem armii? - Na tropie zagadkowych mundurów - Tajemniczy przedmiot z podziemi - Wizyta w mieście - Nic, tylko fatamorgana...

Poul Anderson w jednej ze swych książek pt. „Guardians of Time” (Nowy Jork 1991), opisuje wydarzenia, które miały swe miejsce ponad sto lat temu. Londyński „Times” poczynając od 15 czerwca 1894 roku przez kilka dni donosił o tym, co wydarzyło się w Addleton, w którym rozkopano tajemniczy grób.
Addleton, to miasto w hrabstwie Kent, które powstało z jakobińskiego osiedla, na którego terenie znajdowała się porośnięta trawą mogiła z nieokreślonej epoki. Miejscowy właściciel zamku Lord of Wyndham należał do tych archeologów-amatorów, w których bogate było całe XIX stulecie. Wraz ze swym kolegą, ekspertem z British Museum - Jamesem Rotheritem postanowili rozkopać ten grób i zobaczyć, co w nim było. Wiadomo tylko, że nie znaleźli wiele. Skromny osteologiczny materiał w postaci kilku ludzkich i końskich kości, zardzewiałe przedmioty ozdobne i broń, a wszystko z to V wieku n.e. W więcej niż tysiącletnim pyle i prochu czekał o wiele bardziej interesujący artefakt - była to mała, niebieskawo lśniąca metalowa skrzynka, po otworzeniu której znaleziono w jej środku ciężkie, połyskujące, metalowe gruzły, które wyglądały, jak aliaż złota ze srebrem. Znalezisko było wybornie zachowane.
Lord z Addleton wkrótce poważnie zachorował, zaś Rotherhit - który mniej miał do czynienia z tym artefaktem - też, z tym że lżej. Kiedy Wyndham po krótkiej i ciężkiej chorobie zmarł 25 lipca z objawami zatrucia, podejrzenie padło na Rotherhita, jednakże jego rodzina wynajęła detektywa, który udowodnił to, że ta właśnie kupka dziwnego metalu wydawała z siebie śmiercionośne promieniowanie. Nikt tego nie rozumiał, ale na wszelki wypadek tajemnicza skrzynkę wrzucono do głębokiego kanału.
Wyjaśnienie tego przypadku przyniosło w roku 1894 Scotland Yardowi znaczne trudności. Antoine Henry Becquerell odkrył zjawisko radioaktywności dopiero w dwa lata po opisanych wydarzeniach, zatem nie dziwota, że promieniowanie mogło zabić nieprzygotowanego nań człowieka...
I chociaż wydarzenia te wydają się być tylko fikcją literacką, to historia odnotowała kilka wydarzeń niepokojących i niepokojąco podobnych do tego znaleziska rudy uranu w celtyckim grobie. Wspomnijmy tylko zagadkowe zgony uczonych biorących udział w badaniu grobu faraona Tutenchamona w 1923 roku[50], czy informacje o „uranowym szlaku” wiodącym przez Europę w ciemnych czasach Średniowiecza, po upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego na równi ze szlakami żelaznymi, miedzianymi, jantarowymi i innymi.[51]
W czasach wędrówek ludów i ekspansji barbarzyńców ze wschodu Europy, zapotrzebowanie na metal pokrywano ich wydobyciem w kopalniach odkrywkowych. O kopalniach rud żelaza już wspomina Gajusz Juliusz Cezar w „Belli Gallico”, gdzie pisze on w związku z wydarzeniami przed Awarykiem - gdzie Gallowie używali sztuki górniczej do wspierania rzymskiej sztuki oblegania miast:
... et aggere cuniculis subtrahebant, eo scientius, quod aput eos magnae sunt ferrariae atque omne genus cunicolorum notum atque usitatum est…[52]
Inne źródła wspominają o znalezieniu śladów prac górniczych we Francji, co dowodzi m.in. faktu, że w niektórych miejscach Celtowie wydobywali rudy współczesnymi nam sposobami, i tak np. o sztolniach Camp d’Affrique k./Nancy pisał J. Moreau w „Die Welt der Kelten” (Stuttgart 1958). Innym ośrodkiem wydobywczym był Hèrauklt w Masywie Centralnym, gdzie tradycje wydobywcze zaczęły się przed połową pierwszego tysiąclecia przed Chrystusem, zaś w czasie pomiędzy 3 a 1 tysiącleciem p.n.e. wydobywano rudę w sztolniach Roc de la Balme, Aigues-Vives, Vélieux, Mailhac.[53]
W innych miejscach rudy żelaza wydobywano odkrywkowo w różnych miejscach Europy - m.in. w okolicach Michelberg k./Kelheim, gdzie wydobywano limonit jeszcze w Średniowieczu[54].[55]
O tym, że Starożytność znała rudę uranową świadczą także początki prac wydobywczych w czeskim Jáchymovie. Kopalnie powstały w XVI wieku, jako trzecie po Jihlavie i Kutnej Horze. Do zorganizowanego wydobycia doszło w roku 1516, kiedy to hr. von Schlick w z n o w i ł prace wydobywcze w p r a s t a r e j już wtedy (!!!) sztolni w osadzie Konradesgrün. To właśnie tutaj, w Górach Kruszcowych, górnicy natrafili także na czarna warstwę mazi barwy smoły. Przez więcej, niż 200 lat był to dla nich tylko „smolny kamień” - smoleniec, który zwiastował im obecność rud srebra i był minerałem służącym do wypełniania wyrobisk, albo... uszczelniania szpar w ich chatach!
W 1789 roku, minerał ten stał się przedmiotem badań Martina Klaprotha, który przyporządkował go planecie Uran, zgodnie z formułą Herschela.[56] Z wykryciem promieni X i odkryciem naturalnej promieniotwórczości rud uranu[57] przez Henry’ego Becquerella, pojawiła się konieczność wydobycia smółki uranowej. W Jáchymovie zaczęto produkować rad (Ra), która to produkcja w roku 1939 stanowiła aż 1/3 światowej produkcji tego pierwiastka. W czasie hitlerowskiej okupacji, w Jáchymovie Niemcy chcieli zbudować „stos atomowy”, w którym paliwem miała być tamtejsza ruda uranowa, rafinowana i wzbogacana przez firmę „Degusa”. I takjuz na początku lat 40. uran stał się surowcem strategicznym, jednym z najważniejszych pierwiastków używanych przez naszą cywilizację.
Jak widać, już cywilizacja na technicznym poziomie Celtów była w stanie wydobywać i przetwarzać rudę uranu... Oczywiście wcale nie musimy sobie tutaj wyobrażać jakiś prymitywny reaktor jądrowy zbudowany w lesie za granicą Cesarstwa Rzymskiego, gdyż jego eksploatacja mogła mieć elementarny charakter. Narody Starożytności miały wiedzę na temat letalnego dla organizmów żywych działania promieniowania jonizującego i nie musiały niczego wiedzieć na temat fizycznych podstaw tych procesów. Wystarczyło, że obserwowano dokładnie zwierzęta i pracujących w kopalniach niewolników, by stwierdzić śmiercionośne działanie promieniowań: α, β, γ czy X... Rozdrobniona ruda uranu czy toru mogła stac się jednym ze środków mogących utrzymać w stanie nienaruszonym ciało znamienitego zmarłego, zaś promieniowanie mogłoby porazić także każdego, kto naruszyłby cielesną powłokę i materialne wyposażenie nieboszczyka, co było o wiele bardziej skuteczne i zdradliwsze od trucizn i innych zabezpieczeń...
W związku z tym, przeczytanie dalszego tekstu w tym rozdziale może być inspirujące. Zestawiłem ten tekst z wycinków lokalnej, koszyckiej prasy i własnych notatek z lata 1996 roku.[58] A oto ten niezwykły materiał:

WYKOPALISKA POD NADZOREM ARMII?

(Koąice, piątek, 9 sierpnia 1996 roku, godzina 02:30)

- Przybądźcie niezwłocznie na ulicę Hlavną, do wykopów, coś się tam dzieje - jest tam cała kupa policji!!! - odezwał się z telefonu dyżurnego redaktora „Večernika” nieznajomy głos. O drugiej godzinie, to wszystko przypomina kiepski humor, ale lojalność wobec swej profesji nie pozwala się odwrócić rasowemu dziennikarzowi plecami do sensacji i mała grupa reporterów dociera do budynku byłego TUZEX’u[59] o godzinie 02:20.
- Co tutaj robicie?! - szczeknął do nich jeden z policjantów, którzy otaczali wykop. Redaktorzy okazują mu legitymacje prasowe i chcą się widzieć z kimś kompetentnym, kto objaśniłby im, o co właściwie tutaj chodzi. Jeden z dwóch facetów stojących przy wykopie, ubrany po cywilnemu, po cichu rozmawia z drugim, który jest ubrany w polowy mundur maskujący z dystynkcjami pułkownika.
- Spadajcie stąd, ale już - zwraca się do patrzących na nich dziennikarzy - Bo jak się coś wam stanie, to już wasza rzecz, ale nam tu problemów nie będziecie robili!...
Dziennikarze taktycznie odchodzą poza kordon i obserwują policjantów odganiających od wykopu ludzi, którzy właśnie wyszli z pobliskiego baru, a potem wpadli do wykopu.
O godzinie 02:38 przyjeżdżają dwie ciężarówki, które swym wyglądem przypominają ambulanse bankowe do przewożenia pieniędzy. Wyskakują z nich ludzie w ochronnych ubiorach i całkowicie blokują wykop. Kilku z nich pod przewodnictwem cywilów schodzi w dół i znika w podziemiach.[60]
O godzinie 03:47 żołnierze wynoszą z wykopu lśniący, metalowy przedmiot w kształcie walca, długi na 1,5 m, ładują go do ambulansu i odjeżdżają w kierunku ulicy Pribilinova. Z wykopu słychać jeszcze dobiegający szczęk narzędzi, a zaraz potem wychodzą z niego inni żołnierze, którzy zabierają się drugim ambulansem. Po ich odjeździe w wykopie nie widać niczego podejrzanego, wszystko wydaję się być w porządku. Po chwili odjeżdżają radiowozy policyjne.
Skoro nie udało się dowiedzieć niczego na miejscu, poszukiwania dziennikarzy trwają dalej. Między innymi redakcja telefonuje do rzecznika prasowego Komendy Miejskiej policji w Koszycach, który odsyła ich z kolei do Grupy Prewencji Kryminalnej w tym mieście. Tam jednak też nie uzyskują żadnej informacji o tym wydarzeniu - ich rzecznik prasowy wie jedynie to, że na Hlavnej działała jedynie policja municypalna[61], która zatrzymała jakiegoś bezdomnego.
- Rzecz jest w stadium śledztwa i nie można niczego podać do wiadomości publicznej. Spróbujcie się dowiedzieć czegoś w Policji Municypalnej - słyszą przyjacielską radę.
Zapytany o zajście na Hlavnej oficer operacyjny Policji Municypalnej w Koszycach odpowiada, że nie ma żadnej wzmianki w dokumentach o jakimkolwiek działaniu policji w rejonie wykopów. Kolejną instytucją, którą „Koąicki Večer” indaguje o incydent jest oficer prasowy Ministerstwa Obrony. Ten zaś przekazuje pytania redakcji do Wydziału ds. Kontaktów ze Społeczeństwem Sztabu Generalnego Słowackiej Armii, którego przedstawiciele mieli się telefonicznie skontaktować z dziennikarzami. Tak się jednak nie stało i Sztab Generalny nie zwołał konferencji prasowej. Sprawa miała swój ciąg dalszy w poniedziałek.

NA TROPACH ZAGADKOWYCH MUNDURÓW

(Koąice, poniedziałek, 12 sierpnia 1996 roku)

A dalej było tak, jak w serialu „Z Archiwum X”.[62] Poniedziałkowy numer „KV” przynió wyjaśnienie Sztabu Generalnego Słowackiej Armii, które dotyczyło piątkowych wydarzeń. Wedle wydanego komunikatu:
Żołnierze Słowackich Sił Zbrojnych w tym, czasie nigdzie nie byli (na miejscu opisywanych zdarzeń) ani nikt nawet nie zwracał się do nich o pomoc w takim przypadku.
Zdaniem autorów tego >>wyjaśnienia<<, mogło chodzić o żołnierzy jednostek wojskowych podległych MSW, jednakże - jak oznajmił natychmiast rzecznik prasowy MSW - żadna jednostka wojskowa podległa MSW w policyjnej akcji nie uczestniczyła.
Przez całe przedpołudnie dyskutowałem na ten temat z kolegami ze Wschodniosłowackiego Muzeum. W przerwie wyskoczyłem na filiżankę kawy i posłuchałem kilku ciekawych rozmów, jednakże żaden z moich kolegów nie był mądrzejszy ode mnie.
- Cóż to takiego - myślałem - wykopali nieopodal koszyckiej katedry i to tak tajnie, że nawet najbardziej kompetentni i poinformowani archeolodzy i historycy sztuki nie mają pojęcia o tym, co to właściwie było?
Informacyjnej blokady nie przełamali nawet pracownicy Urzędu ds. Zabytków miasta Koszyce, którego dyrektor kategorycznie oświadczył:
- Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę panu nic powiedzieć, ani pańskim kolegom. Niczego mi nie wiadomo na ten temat!
Jego odmowa zaskoczyła nieco tych, którzy śledzili rozwój wypadków. Również próby uzyskania w Muzeum jakichś informacji spełzły na niczym, zaś już na ulicy jeden z kopiących na Hlavnej powiedział mi:
- Są tam jakieś stare groby: pełno kości i śmieci, a wszystko przegniłe. Ludzie gadali o jakimś drugim wejściu i o tym, że byśmy się bardzo zdziwili. Ale dlaczego? - tego nie wiemy. No, a potem, na drugi dzień, tamci pracownicy nie przyszli do pracy, bo byli chorzy.
Te ostatnie informacje pasowały - jak się zdaje - do krążących po mieście plotek, iż dwóch robotników, którzy odkopali dziwną skrzynkę - nie przystąpiło następnego dnia do pracy ze względu na zły stan zdrowia. Zresztą inni zagadnięci przeze mnie pracownicy nie byli rozmowniejsi.
-Niech pan da mi spokój i wynosi się stąd. Niczego nie wiem! - łopata w ręku jednego z nich wykonała ruch mówiący więcej, niż tysiąc wypowiedzianych ów...
Dziennikarze postanowili odszukać dwóch robotników, którzy nie zgłosili się do pracy z powodu choroby, a którzy ponoć odnaleźli tajemniczą skrzynkę. Jednego nie było w domu - a przynajmniej na pukanie i dzwonienie do drzwi nikt nie reagował, zaś u drugiego, który mieszkał w pobliskiej miejscowości Furča, zastano młodą kobietę, która powiedziała krótko:
- Wynoście się! Dajcie nam spokój! Mamy dość kłopotów bez was! Jego nie ma w domu!!!
Wkrótce potem, „KV” podał, że wedle dobrze poinformowanego źródła, które pragnęło zachować anonimowość, w szpitalu wojskowym hospitalizowano dwóch cywilów, a potem trzech żołnierzy.
Wszyscy - cała piątka - była nieprzytomna, a nie ranna, tzn. na ich ciałach nie znaleziono żadnych obrażeń zewnętrznych. Natychmiast ich odizolowano i dopuszczono do nich jedynie wybranych lekarzy. Większości z nich jeszcze nie widziałem. Po kilku godzinach gdzieś ich ze szpitala wywieziono, zdaje się, że na lotnisko.
Komendant Wojskowego Szpitala Sił Powietrznych ustosunkował się negatywnie do tej informacji:
- Nic mi nie wiadomo o hospitalizacji większej grupy osób w moim szpitalu, ale w piątek przyjęto u nas jednego żołnierza w stanie nieprzytomności. Nie mam pojęcia, czy to podpada pod was przypadek.
Takie właśnie oświadczenie przekazał on „KV”.

ZAGADKOWY PRZEDMIOT Z PODZIEMI

(Koąice, wtorek, 13 sierpnia 1996 roku)

Punkt zwrotny w rozwoju wydarzeń rozgrywający się wokół dziwnego incydentu następuje we wtorek, 13 sierpnia, w godzinach rannych. W tym czasie na prywatny numer telefonu red. Arpada Soltezsa dzwoni ponownie ten sam osobnik, którego głos wezwał do wykopów dziennikarzy w nocy 9 sierpnia. Nieznajomy mówi:
- jeżeli się nie boicie, to zaprowadzę was na miejsce, w którym kopali ci dwaj pod Hlavną. Pokażę wam to drugie wejście, ale możecie mieć z tego cholerne kłopoty, o jakich się wam nawet nie śniło...
W porze obiadowej reporter i fotograf redakcji spotykają się z tajemniczym informatorem.
- Moje nazwisko? - reaguje na pierwsze pytanie - po co wam ono, czemu mnie pytacie o takie bzdury. Jak coś będziecie chcieli widzieć, to powiem wam sam!
Nie rzucający się w oczy 40-latek, który nikomu się nie przedstawił, prowadzi ich w stronę jednego z budynków w historycznej części centrum Koszyc. Dom niezbyt stary i niezbyt nowy stoi na wiekowych fundamentach. We trójkę wchodzą do piwnicy, a z niej przez wykuty w ścianie otwór do podziemi. Na podłodze tunelu, którym się poruszają, leżą powyginane i przerdzewiałe resztki okuć do drzwi. Po przebyciu jakichś 50 m, ekipa dociera do znajdującej się na końcu tunelu piwniczki o rozmiarach 5 x 8 m. Po prawej stronie widać wysoki na metr stos ludzkich kości, w rogu stos samych czaszek, natomiast w drugim końcu pomieszczenia znajduje się wejście do dalszej części podziemi i tunel.
- Tunel prowadzi do wykopów na Hlavnej - nieznajomy przewodnik wskazuje na ciemny wylot korytarza - Na waszym miejscu nie dotykałbym niczego - dodaje.
W ciemnym pomieszczeniu trudno jest się poruszać i orientować - jedynym źródłem światła jest mała elektryczna lampka i czasem błyski flesza. Mężczyzna wskazuje na wysoki na jakieś 10 cm postument w przeciwległym końcu salki. Według jego ów, stała na nim mała metalowa skrzynka o długości 1,5 m z obłymi kantami i rogami.
- Wyryto na niej znak ryby[63] i jakiś napis - komentuje - Drobnymi literkami łacińskimi, ale nie po łacinie. Również nie po niemiecku czy w jakimkolwiek współczesnym znanym języku. Pracowaliśmy nad tym kilka lat.[64] (!!!) Ale niczego nie udało się nam odkryć. Co znajdowało się w skrzynce, tego nie wiem, bo nie potrafiliśmy otworzyć jej wieka bez naruszania, ale nie mieliśmy po temu żadnych możliwości technicznych. Musimy już wracać.
Po wyjściu na Hlavną nasz cicerone szybko oddala się i znika w tłumie. Nie odpowiedział na ani jedno pytanie o swą tożsamość, zawód i owo zagadkowe „my”... Na pożegnanie powiedział jedynie:
- Pokazałem wam to tylko dlatego, że skoro zajęli się tym specjaliści, to musi to być jakieś szczególne paskudztwo. Według tego, jak oni postępowali widać, że doskonale wiedzieli, co znaleźli. Kto wie zresztą, może doskonale wiedzieli, czego szukają?... Nie chciałbym, żeby ta rzecz uległa zapomnieniu, mimo tego, że mam własna opinię o dziennikarzach...
Nadal byliśmy skazani na domysły. Kiedy dostaliśmy na biurko gazetę, spróbowałem się dodzwonić do redaktora naczelnego - mogłem sobie odpuścić. Powiedziano mi, że: Szef jest od kilku dni na urlopie...

WIZJA LOKALNA

(Koąice, środa, 14 sierpnia 1996 roku)

Po kilku nieudanych próbach uzyskania jakichś sensownych informacji, pełen niesmaku, otworzyłem drzwi mojego biura. Wydarzenie, które rozegrało się niemal na naszych oczach wydawało mi się tak nieprawdopodobne, jak historia z radioaktywną trumna w celtyckim grobie, o którym pisano w książce Andersona.
Ponownie zabrałem się za wertowanie wszystkich gazet, zastanawiając się nad wariantami rozwiązania tego problemu. Czyżby była to li tylko mistyfikacja???
Jeszcze raz otwieram gazetę z poprzedniego dnia i podkreślam tytuły informacji, które już przeczytałem. Znajduję doniesienie o prezentacji projektu „Bezpieczne Koszyce”, w trakcie którego doszło do spotkania mera miasta z komendantami policji państwowej i municypalnej. Mer po wysłuchaniu raportów o stanie przestępczości kryminalnej w poszczególnych rewirach miasta, odnió się także do dziwnego znaleziska na Hlavnej. Zgromadzonym oficerom policji oświadczył:
Skoro nie znaleźliście tego, o czym pisze miejska prasa, to znaczy, że wasi funkcjonariusze spali na służbie. A skoro oświadczacie, że nie macie z tym nic wspólnego, to oznaczałoby, że mamy znów jakąś Št.B.[65]- która działa na terenie miasta bez wiedzy policji.
Po przeczytaniu tych linijek, hipotezę o kaczce dziennikarskiej mogłem odesłać spokojnie do lamusa. Biorąc pod uwagę to, co powiedział mer miasta, dyrektor Urzędu ds. Zabytków i inni oficjele, dziwnym się wydaje to, ze nikt nie wytoczył całej koszyckiej prasie sprawy sądowej o zniesławienie wysokiego urzędnika państwowego i instytucji, co powinno nastąpić właśnie w przypadku kaczki dziennikarskiej - nieprawdaż? Poza tym trudno zrozumieć, dlaczego o wydarzeniach tych milczy konkurencyjny dziennik „Korzo”, który od tego czasu wielokrotnie nie zdołał uprzedzić redaktorów „KV” w pościgu za sensacjami czy aferami...
Razem z dyrektorem muzeum udajemy się osobiście w stronę wykopów w średniowiecznej części miasta. Ulica Hlavná wygląda jak po ciężkim bombardowaniu: wszędzie dziury i leje przykryte małymi mostkami. Ogłuszeni łomotem świdrów pneumatycznych zmierzamy w kierunku domów, w których - jak podejrzewamy - znajduje się wejście do podziemi.
Przechodzimy po wysepkach gładkiego asfaltu, zaglądamy do jam, w których widać resztki starodawnych murów i umocnień, korytarzy oraz tuneli. Ponieważ zaczyna padać, po błotnistych kałużach podchodzimy do domu, w którym może znajdować się wejście do podziemi. Wejście jest zamknięte, przed nim pracują mężczyźni w roboczych kombinezonach, nieopodal stoi kilku policjantów, którzy ostrzegają, że nie wolno tam wchodzić.
Decydujemy się obejść dom od tyłu i spojrzeć do wykopu z drugiej strony ulicy. Przechodzimy kilkaset metrów wzdłuż ulicy Vratnej. Z wykopu za drewnianą barykadą z zakazem wstępu podnosi się mężczyzna w żółtej kamizelce. Macha do nas rękami. Nie zwracamy nań uwagi i idziemy dalej.
- Stójcie! Dalej zabronione!!! - drze się. Zawracamy do muzeum.
Tego dnia „KV” opublikował wyniki przeprowadzonej wśród mieszkańców ulicznej sondy na temat tajemniczego znaleziska. Kilku mówiło o niewypałach z czasów II Wojny Światowej, inni o tajnych materiałach. Jedno dla tych wypowiedzi było wspólne - rozmówcy mówili bardzo mało - albo dlatego, że nic nie wiedzieli, albo byli zastraszeni...
Po obiedzie spotkałem się ze znajomym dziennikarzem, który swego czasu pracował dla dziennika „Nový čas”, a obecnie jest zatrudniony w „Korzo”. Ów „łowca afer” stwierdził, że (uwaga! uwaga!) t a s p r a w a g o n i e interesuje (sic!!!) - i rozwodził się nad spotkaniem z dyrektorem jakiejś fabryki. Całkowicie już zdezorientowany kupuję dla porządku także „Korzo”, ale na próżno szukam w nim choć wzmianki o znalezisku. Ani słowa!!! Mój znajomy „łowca afer” pisze natomiast o... podlewaniu miejskiej zieleni![66]
Wracając do muzeum intensywnie rozmyślam o wszystkich tych osobliwych wydarzeniach. Istnieja dwie możliwości, jak ta cała historia może się skończyć: pierwsza - „KV” odwoła wszystko i nikt już nie dojdzie, czy stało się to pod naciskiem władz miejskich, armii czy MSW... Druga - że „KV” niczego nie odwoła i sprawą zajmą się odpowiednie władze.

FATAMORGANA

(Koąice, piątek, 15 sierpnia 1996 roku)

„KV” odwołuje wszystko, co napisał był wcześniej. Tekst tego dementi tak dalece odróżniał się od poprzednich na ten temat, że moje (i nie tylko moje) podejrzenia, że jest to kamuflaż mający uspokoić opinie publiczną, graniczą z pewnością. Żeby było jeszcze ciekawiej, tego samego dnia „Korzo” pisze o... śmiercionośnej skrzynce wykopanej przy ulicy Hlavnej!!!
Po wszystkich tych wydarzeniach mało kto już wierzy w prawdziwość tego dementi. Ciekawe jest to, że nikt nie mówi o mistyfikacji. Jeżeli to zresztą miała być mistyfikacja, to kogo winić za szerzenie alarmujących pogłosek?
Dzisiaj, kiedy od tej całej afery upłynęło kilka miesięcy, nadal nie wiadomo, co ją wywołało. Nabieramy natomiast coraz większej pewności, że najlepszym sposobem ukrycia czegoś jest „przykrycie” tajemnicy jeszcze większą tajemnicą - zgodnie z rzymską zasadą: Ridiculum arcifortius et melius magnas plerumque secat res. A już najskuteczniejszą bronią dla tych, którzy chcą cos ukryć za zasłoną tajemnicy jest wyśmianie problemu i jego realności. Jakże dobrze znamy tą metodę chociażby z historii badań fenomenu UFO!
Dla mnie ten incydent tu zrelacjonowany był nauczką i wskazaniem, jak tworzą się zagadki - i nie dotyczy to tylko tajemniczego radioartefaktu z Koszyc, ale także Arki Przymierza[67], zwłok z Roswell, czy jak wolicie radioaktywnej trumny, którą być może jutro ktoś znajdzie w celtyckiej mogile, słowiańskim kurhanie czy egipskiej piramidzie...

Życie dopisało zakończenie tego rozdziału i to całkiem nieoczekiwanie. Jak podały światowe agencje, w dniu 9 grudnia 1997 roku nieoczekiwanie na Grenlandię spadł meteoryt o masie około 1 mln ton, którego energia uderzenia wynosiła mniej więcej 15-20 kt TNT, czyli tyle, ile bomba typu Hiroszima czy Nagasaki. Media podały tą informację i... bardzo szybko ją wyciszono. Jak pisze Robert K. Leśniakiewicz:
...Niedawno otrzymałem list od pani redaktor Ewy Jabłońskiej z „Super Expressu”, w którym tak komentuje ona to wydarzenie:
>>Pan Bzowski... ma bardzo ciekawą teorię o meteorycie, który spadł w grudniu na Arktykę (był ogromny - pisałem wtedy o tym u siebie w „Świecie bez tajemnic”). Swoją drogą mógł to być odłamek asteroidu, o którym pisze Pan w swym opracowaniu (zgadza się data). Informacje o spadku tego ciała zostały bardzo szybko utajnione, gdybym nie wydrukowała depeszy z Agencji, to straciłabym ją, bo została zdjęta w ciągu dwóch godzin. W Centrum Astronomicznym w Warszawie twierdzą, że nie mieli o tym żadnej informacji do tej pory. Jest to chyba dość dziwna sprawa. Pan Bzowski uważa, że w jakimś zachodnim piśmie była wzmianka o tym, że meteoryt ten był znacznie większy, niż podano to na początku i że skoro nie wywołał kataklizmu, to musiał wcześniej wytracić swoją prędkość...<<
Osobiście nie podzielam optymizmu pana Kazia Bzowskiego, bo skoro któryś MIDAS zauważył ten upadek i sejsmometry na Islandii i w Kanadzie odebrały upadek tego ciała jako wstrząs podobny do wybuchu bomby jądrowej - a wstrząs taki ma swą charakterystyczną i absolutnie różną charakterystykę od „normalnych” trzęsień ziemi, to nie mógł to być żaden meteoryt czy statek kosmiczny - jakby tego sobie życzył Kazio Bzowski, a właśnie głowica jądrowa z czasów Wielkiej Wojny Bogów-Astronautów![68]
Jeżeli to, o czym pisała red. Ewa Jabłońska jest prawdą, to znaczyłoby, że na powierzchnię Ziemi w rejonie zachodniej Grenlandii spadła jądrowa lub termojądrowa głowica bojowa Atlantydów, która w odróżnieniu od tej, z której zrobiono koszycki radioartefakt, jednak eksplodowała! Być może od razu udali się tam Amerykanie i Duńczycy z Thule AFB - a skoro tą informację utajniono, to znaczy, że udali się tam na pewno... Czy kiedykolwiek dowiemy się prawdy?[69]

---oooOooo---

Rozdział III - PROGRAM SDI SPRZED TYSIĘCY LAT

Komety, które wcale nie były kometami - Groźba martwych satelitów - Atomowa wojna bogów - BMR zagrażają Średniowieczu - manewry niewidzialnej armii - Na koniec świadectwo kronikarza.

Czytelnik doinformowany wie, że SDI czyli Strategic Defense Initiative - po polsku Inicjatywa Obrony Strategicznej powstała po telewizyjnym wystąpieniu amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana w dniu 23 marca 1983 roku. Ci lepiej poinformowani wiedzą, że to pierwszymi byli Rosjanie, którzy wysłali na orbitę wokółziemską bojowe satelity z laserową bronią radiacyjną - (dalej LBR) na pokładach, a rozwój LBR w byłym ZSRR zaczął się znacznie wcześniej i wyłożono nań więcej pieniędzy, niż w USA... A kiedy w „Deklaracji o współpracy w przestrzeni kosmicznej” podpisanej w dnia 27 stycznia 1967 roku obie strony dogadały się, że nie będą umieszczały we Wszechświecie Jądrowe czy inne BMR, sowiecka polityka w praktyce dowiodła, że LBR nie jest ani jednym, ani drugim - przeto Rosjanie rozkręcili na pełne obroty zbrojenia w najbliższym sąsiedztwie Ziemi. Jak to pokażę dalej, nie był to pierwszy nieszczęsny pomysł, który narodził się w chorych mózgach mieszkańców Ziemi w przeszłości.
Historia wojskowych satelitów zaczyna się już w połowie lat 50., kiedy to USAF zainstalowały na orbicie satelitarny system MIDER, który miał ochronić Stany Zjednoczone przed atakiem radzieckich ICBM. Wkrótce przemianowano go na system DSP - Deep Space Platform, o którym wiele mówiło się w czasie Wojny w Zatoce Perskiej, kiedy to satelity DSP lokalizowały irackie SCUD-y zaraz po ich starcie z wyrzutni.[70] W rzeczywistości siedem satelitów DSP krąży na wysokości (a raczej w odległości) 38.000 km nad Ziemią i monitoruje 100% jej powierzchni.[71]
Aż do końca XVIII wieku wszystko, co poruszało się na niebie i wymykało się doświadczeniom codzienności było nazywane kometą - z łaciny: cometes, stella crinita.
Najciekawszym jest to, że od początku komety miały jak najgorszą opinię i zawsze wspominało się o nich - czy wręcz pisało - jako o powodzie wystąpienia morowej zarazy czy morowego powietrza. I nie jest to jedynie produkt fantazji mieszkańców średniowiecznej Europy - jeszcze w 1829 roku, angielski lekarz G. Forster napisał opasłą księgę, w której detalicznie opisał niszczycielskie dokonania co najmniej pół tysiąca komet. Pisał on tedy o komecie, która przywlokła do Fryzji pomór bydła, w Szkocji zaś się objawiła meteorytem, który uderzył w kościelną wieżę i uszkodził zegar, a także wspomina kometę z 1668 roku, po której w Westfalii masowo wymierały... koty!
Słowa „meteoryt” czy „kometa” powinniśmy pisać właściwie w cudzysłowie, bowiem mamy podstawę sądzić, że nie wszystkie te ciała niebieskie możemy identyfikować z informacjami, które mamy teraz o „prawdziwych” meteorytach i kometach.
A zatem zapamiętajmy sobie, że nie wszystkie te „komety” były w przeszłości kometami sensu stricto - na ten temat będzie jeszcze dużo w tej książce. Innymi słowy mówiąc - nasza wiedza o BMR umożliwia nam zrekonstruować to, co tak naprawdę stoi za tradycją, która obwinia komety o grzech rozsiewania Czarnego Moru.
Kiedy wraz z inż. Robertem K. Leśniakiewiczem (oficerem rezerwy Wojska Polskiego i Straży Granicznej RP, znanym polskim literatem, ufologiem i ekologiem) poszliśmy ciernistą drogą w poszukiwaniu wskazówek istnienia Wielkiego Konfliktu, czy nawet całej ich serii, w przeszłości Ziemi, znaleźliśmy wspólny mianownik, spiritus movens, całkiem nieoczekiwanie w naszej współczesnej kosmonautyce.[72]
Jestem przekonany, iż powszechnie wiadomo o tym, że efektem kosmicznej technologii rozwijanej w czasie Zimnej Wojny pomiędzy Wschodem a Zachodem muszą być sztuczne satelity Ziemi, które już dawno spełniły swoją rolę. Już mniej znanym jest fakt, że około 8.000 „martwych satelitów” zagraża naszej planecie spadkiem na jej powierzchnię i ta groźba wstępuje w swe finalne stadium. To, że owe satelity pozostają na swych orbitach, zawdzięczają swej ogromnej prędkości wynoszącej VI ≥ 7,9 km/s, jednakże po kilkunastu latach taki satelita zamienia się w bombę zegarową.
- W każdej chwili może przyjść nieszczęście - twierdzi amerykański ekspert ds. satelitów inż. Gabriel Heller na marginesie sprawy spadku na Ziemię chińskiego satelity fotozwiadowczego FSW-1, który w dniu 13 marca 1996 roku około godziny 05:00 GMT wpadł w wody Wszechoceanu, nawet dokładnie nie wiadomo, gdzie... Amerykanie twierdzą, że FSW-1 wpadł do Pacyfiku u wybrzeży Chile, zaś Rosjanie twierdzą, że do Atlantyku u wybrzeży Argentyny. Wszyscy zaś są zadowoleni, że FSW-1 wpadł w głębiny, a nie na ląd.[73]
Ten chiński kosmiczny szpieg wymknął się spod kontroli w 1993 roku i od tej poru w sposób nieobliczalny poruszał się po nieprzewidywalnej wokółziemskiej orbicie. Jego spadek był czymś niekontrolowanym i nieodwracalnym. Jest zatem udowodnione, że prawdę o „martwych satelitach” się ukrywa przed społecznością światową. Idzie tu o dość realne ryzyko - już w latach 60. wypalony człon amerykańskiej rakiety spadł na gęsto zamieszkałą część stanu Iowa i zatłukł na śmierć kilka sztuk bydła.
Jeszcze większą plamę dała NASA w styczniu 2002 roku, kiedy to zapowiedziała, że jeden z jej satelitów badawczych ultrafioletowego promieniowania Słońca - EUVE[74] wystrzelony w 1992 roku, ma spaść na obszar pomiędzy Australią a Florydą. EUVE faktycznie spadł... w wody Zatoki Perskiej, w dniu 31 stycznia 2002 roku. Wielka to zaiste dokładność, z jaką sprowadzane są tego rodzaju obiekty kosmiczne na Ziemię!!! A przecież uczeni z pewnością w głosie twierdzili, że wszystko jest absolutnie pod kontrolą!...
W 1975 roku, świat obleciała szokująca informacja NASA, wedle której stacja kosmiczna Skylab ważąca kilkadziesiąt ton miała wejść w atmosferę Ziemi i spaść na jej powierzchnię.
Inż. Gabriel Heller później tak wspominał te wydarzenia, które miały miejsce w centrum zawiadywania lotem satelitów Ziemi:
Przeżywaliśmy wręcz niewysłowiony strach. Skylab właściwie z niczego, bez uzasadnionego powodu miał spaść na Ziemię. Nie mogliśmy niczego przedsięwziąć. Mnożyły się uwagi o tym, że można by go zestrzelić rakietą międzykontynentalną (ICBM) z głowicą jądrową, i w ten sposób zmniejszyć do minimum ryzyko niekontrolowanego spadku Skylaba. Niestety, nasze radary nie były w stanie kontrolować jego lotu i nie dało się przy ich pomocy wyliczyć nawet przybliżonego miejsca upadku stacji - to był czysty przypadek. Do ostatniej chwili satelita krąży wokół Ziemi, a wy nie potraficie przewidzieć, gdzie spadnie... Jak zatem wycelujecie ICBM? Może udałoby się to zrobić nad terytorium jakiegoś państwa, ale musielibyśmy mieć stuprocentową pewność, że Skylab tam się właśnie skieruje. Na całe szczęście Skylab spadł do Oceanu Indyjskiego i wszyscy odetchnęliśmy z ulgą...[75]
Przypadki, w których „martwe satelity” spadające na Ziemię nagle zmieniają kierunki lotu, nie są aż takie rzadkie. Nie tak dawno załoga amerykańskiego wahadłowca STS Endeavour cudem uniknęła zderzenia z takim spadającym satelitą. Uniknęła ona paskudnego losu Challengera tylko dzięki przytomności umysłu dowódcy wahadłowca i żelaznej dyscyplinie kolektywu. Udało się im wyminąć satelitę, ale ich morale znacznie podupadło, że nawet poprosili o zezwolenie na powrót...
Ten „kosmozłom”, który krąży wokół naszej planety nie jest jeszcze największym ryzykiem. Mówiąc dokładniej, nie jest nim, kiedy bierzemy pod uwagę tylko te satelity i sondy kosmiczne, które wystrzelono po 1957 roku, po locie rosyjskiego Sputnika-1. Mamy udokumentowane przesłanki, by podejrzewać, iż obiektów wytworzonych ludzkimi rękami w najbliższym otoczeniu Ziemi jest o wiele więcej, niż nam się to wydaje i krążą one po swych orbitach więcej, niż od tysiąca lat i to jeszcze w czasach, kiedy w Europie żyli łowcy mamutów.
Aleksander Mora w swej monumentalnej pracy pt. „Atomowa wojna bogów” pisze, że współczesny świat powstał z popiołów straszliwego, globalnego konfliktu, który mógł dorównywać tylko biblijnemu Armageddonowi.[76] W tejże pracy Al. Mora opisuje, jak to na Ziemi używano wszelkich BMR - A, B, C, H oraz N - a jakby tego było jeszcze mało, to dodaje do nich NLW i LBR...
Informacje, które Al. Mora podał w swej pracy sugerują, że powierzchnia naszej planety została totalnie zdewastowana tymi broniami, w finalnej części Wielkiej Wojny Bogów użyto także NLW zbudowanych w oparciu o wszystkie efekty Psi (psychotroniczne) i gazów obniżających zdolność bojową armii i obrony cywilnej.
Według Al. Mory, konflikt ten przebiegał nie tylko na Ziemi, ale także na powierzchni Księżyca i Marsa, gdzie znajdowały się w tych czasach ziemskie kolonie. Tak zatem nie ma się co dziwić, że wojujące strony wysłały w Kosmos tysiące wojskowych statków kosmicznych i bojowych satelitów, które przecinały niebo naszej planety, jak roje rozjuszonych szerszeni i rwały Silentium Universii tysiącami sygnałów łączności dalekiego zasięgu. Mówiąc krótko: Al. Mora - a po nim także Robert K. Leśniakiewicz i Krzysztof Piechota domniemają, że już przed 50.000 - 10.000 laty istniało coś podobnego do amerykańskiego systemu SDI/MWD, ale na nieporównywalnie w y ż s z y m poziomie technicznym!
Planetę okrążały roje satelitów z BMR na pokładzie, a także satelity-killery, które polowały na te pierwsze. Bojowe satelity mierzyły rakietami w powierzchnię Ziemi, przygotowane do zadania śmiercionośnego ciosu na rozkaz z Ziemi, lub na rozkaz pokładowych komputerów, w cele na powierzchni planety. To oczywiste, że nie wszystkie „killery” były w stanie zniszczyć satelity bojowe, bowiem efekt PM po eksplozjach jądrowych w atmosferze poraził część z nich i nie wykonały one swej misji. Tymczasem bojowe satelity chaotycznie krążyły na niebie, zderzały się i spadały na Ziemię już dawno potem, kiedy sztaby generalne i wojujące armie zostały starte na proch...
Powyższa hipoteza zakłada, że Wielka Wojna Bogów-Astronautów skończyła się 15-12 tys. lat temu. W czasie, w którym przez większą część naszej planety przetoczyła się atomowa śmierć, nie było ani zwycięzców, ani pokonanych - przegranymi byli wszyscy... Vae victis! Miliony ludzi leżało w grobach czy odparowało w żarze „silniejszym od tysiąca słońc”, gniło żywcem wskutek wojny bakteriologicznej, umierało od zatrutych wód i powietrza, czy na radioaktywnych pustyniach uczynionych ludzkimi rękami. Świat na całe stulecia cofnął się, a wiedza, która straciła całe techniczno-materialne osprzętowanie stała się bezużyteczny, po milionkroć przeklętym balastem - swoista odmiana folkloru, źródłem legend, których potem nikt nie był w stanie zrozumieć, i w końcu religii...
Resztki ludzkiej cywilizacji skoncentrowały się w kilku miejscach, skąd powoli migrowały na inne obszary. Po upływie stuleci skutki konfliktu były leczone przez potężne siły regeneracyjne Matki przyrody i powoli świat powrócił do równowagi. Prawda - z jednym wyjątkiem: na wokółziemskich orbitach nadal krążyli „mechaniczni berserkerowie”, które to satelity koniec końców zawsze wchodziły na trajektorię wiodącą ku Ziemi. I tak po stu wiekach, kiedy to Ludzkość zapomniała o niebezpieczeństwie grożącym z góry i wstąpiła w epokę Starożytności, a potem Średniowiecza, zaczęły na głowy mieszkańców Ziemi spadać z nieba „martwe satelity” i ich śmiercionośne głowice bojowe, które ludzie z niewiedzy nazywali „kometami”. Ci tzw. ludzie pierwotni nie bez kozery mieszkali w jaskiniach, nie dlatego, że tylko jaskinie nadawały się - w ich mniemaniu - do zamieszkania a dlatego, że tylko w jaskiniach byli oni jako tako zabezpieczeni przed skutkami eksplozji jądrowych...
Spadki satelitów z bronią B mogły spowodować także upadek Imperium Rzymskiego. W świetle tej hipotezy, Ziemia pod koniec IV wieku była bombardowana satelitami i ich fragmentami, przez co na naszej planecie wybuchały raz po raz niszczycielskie epidemie. Nastały wędrówki ludów, narody przemieszczały się, a żelazne granice, „limes Romanum”, nie wytrzymały tego naporu. Potem nastąpiło ciemne milenium chorób - od roku 400 do 1400 po Chrystusie, ze straszliwymi infekcjami - epidemiami i pandemiami importowanymi z Wszechświata, które były natchnieniem dla malarzy i rytowników Średniowiecza, specjalizujących się w dance macabre.
Jak w tych czasach objawiały się spadki i destrukcyjne efekty działania satelitów bojowych z czasów Wielkiej Wojny Bogów-Astronautów? To zależało od rodzaju BMR na ich pokładach. Mogę przytoczyć tutaj kilka przykładów.
Jeden z nich wzmiankował inż. Robert K. Leśniakiewicz całkiem niedawno, kiedy to mieszkańcy Dolnego Śląska donosili uczonym i mediom o dziwnej eksplozji, która miała miejsce w górnych warstwach atmosfery, wieczorem dnia 3 maja 1994 roku. Tego wieczoru, mieszkańcy Zielonej Góry zaobserwowali nad północnym horyzontem błysk silnego, jasnoniebieskiego światła, o jasności -4m,5, który porównywalne było z jasnością Wenus w jej najjaśniejszej fazie.[77] Nie mogła wszakże to być planeta Wenus, ani kometa McKnoffa, która w opisywanym czasie znajdowała się koło Capelli (α Woźnicy). Prof. dr hab. Janusz Gil z zielonogórskiego obserwatorium astronomicznego oświadczył ku ogólnemu zdumieniu, że mogło chodzić jedynie o w y b u c h j ą d r o w y !!![78]
Wybuch jądrowy przy naszej planecie?!?!?!
Robert Leśniakiewicz podejrzewa także, iż przelot tzw. Wielkiego Bolidu Polskiego w dniu 20 sierpnia 1979 roku był jedynie przelotem (a właściwie spadkiem) satelity-killera czy satelity z głowicami jądrowymi A czy H na pokładzie, które na szczęście nie odpaliły. Niestety, z głowic wydostało się na zewnątrz nieco radioaktywnego plutonu-239 i plutonu-240, który spowodował porażenie promieniste robotników pracujących przy węgierskim odcinku Rurociągu Orenburskiego. Węgrzy początkowo podejrzewali o to reaktor w Czarnobylu, ale przyrządy nie potwierdziły tej hipotezy, więc ja odrzucono. Jednakże to, co nie mieściło się w głowach komisji dochodzeniowej, doskonale wpisuje się w ramy tej hipotezy...[79]
Trochę inaczej sytuacja wygląda w przypadku spadku satelitów z głowicami B na pokładzie, które mogły spowodować rozliczne epi- i pandemie oraz epizootie i panzootie biczujące kontynent europejski i cywilizacje do tego stopnia, że Europa stała się nie tylko morowym kontynentem z morową mentalnością - permanentnym poczuciem zagrożenia nieznanym niebezpieczeństwem. Scenariusz katastrofy zaczyna się od tego, że ludzie najpierw widzieli na niebie kilka „komet” czy „meteorów”, a potem na powierzchnię planety spływała mgła, która niosła ze sobą chorobotwórcze mikroby i od tego zaczynał się Czarny czy też Szkarłatny Mór.
Następstwa owych pandemii, w których zmarła 1/3 mieszkańców Europy, osłabionych w poprzednich latach słabymi urodzajami, były straszne dla kultury i życia ówczesnych Europejczyków. Jak należało oczekiwać, zdobycze starożytnej i średniowiecznej medycyny były, w starciu ze szczególnie zjadliwymi szczepami bakterii, wirusów, riketsji, prionów czy sporów, zupełnie nieprzydatne. Przy pierwszych szaleństwach epidemii, lekarze uciekali pospołu z bogatymi mieszczanami z zapowietrzonych miast, ale inni zostawali i próbowali wraz z duchownymi zabezpieczyć tok pracy szpitali. Niestety, środki do walki z chorobami były zbyt słabe: kropienie octem, żucie czosnku i cebuli, okłady z proszku z mielonych owadów i ziół, a po śmierci pacjenta palenie odzieży i domu...
Według lekarzy z paryskiego fakultetu medycznego, Mór nastał wskutek pojawienia się komety (!!!), która zatruła powietrze - co jest spostrzeżeniem uniwersalnym, na który co chwilę natykamy się badając historię epidemii. Wszędzie widać było te same objawy grozy: zbiorowiska trumien, ciała leżące na ulicach, masowe groby rychło napełniane trupami. Mór wywoływał poczucie beznadziejności, depresję i szaleństwo.[80] W wielu miejscach obwiniano o niego i linczowano Żydów i żebraków za rzekome zatruwanie studni... Ulicami przeciągały grupy biczowników, którzy okładali się batogami na znak pokuty. Epidemia przypominała tańce śmierci, szaleńcze pląsy żywych ludzi z kościotrupami, jak to widać na rycinach i obrazach z tamtych czasów.
W roku 1350 epidemia wygasła, ale powracała regularnie co każde 10 lat, az do końca stulecia. Także XV wiek zna nieproszonego gościa - drobiazgowa analiza pozwala domniemywać, że Morowa Zaraza wracała co 2-3 lata. Frekwencja epidemii zaczęła spadać widocznie do końca XVIII wieku.[81]
Jak już wspomniałem na początku tego rozdziału, porównując ze sobą źródła historyczne, kroniki, literaturę memuarową ze znanymi przypadkami stwierdzimy, że obiekty obserwowane przez mieszkańców starożytnej i średniowiecznej Europy nie były wcale kometami sensu stricto takimi, jakimi je znamy. „Prawdziwe” komety są niczym innym, jak kulami brudnego śniegu z zamarzniętych gazów: metanu - CH4, cyjanowodoru - HCN, amoniaku - NH3, izocyjanków - R-CN i lekkich węglowodorów: C2H2, C2H6, C3H8...[82] Nie, „komety” naszych antenatów przelatywały nisko, nad strzechami wiosek i dachami miasteczek, niejednokrotnie z wielki hukiem (!!!) i odznaczały się najrozmaitszymi kształtami. Często strzelało się do nich z dział miejskich czy też fortecznych, a jeżeli wierzyć przekazom historycznym, to w roku 1664 do jednej z nich wypalił z krócicy portugalski król Alfons VI. W żadnym, podkreślam ż a d n y m wypadku nie szło o jakieś efemeryczne, dalekie ciała niebieskie, gdzieś wysoko pod gwiazdami, ale o nisko latające o b i e k t y, na który m.in. wycelowała swą broń jedna z koronowanych głów Europy.
Z początku XVIII wieku pochodzi przedziwne wyobrażenie „zwierzopodobnej komety”, jeżeli mam cytować dosłownie oryginalny tekst przekazu pod obrazkiem. Idzie tu o nieprawdopodobną wręcz syntezę pierwiastków ludzkiego i zwierzęcego ciała, na którym na dodatek znajdujemy armatę w ogonie. Na ten naiwny i absurdalny obrazek moglibyśmy machnąć ręką i przejść ponad nim do porządku dziennego, aliści faktem jest, że pojawienie się tej „komety” wzbudziło w ludziach nieprawdopodobną panikę! Nie zapominajmy, że rysunek i komentarz doń powstał ponad 200 lat temu, kiedy to dzisiejsza wiedza techniczna była zupełnie nieznana i wymykała się jakiejkolwiek werbalizacji ludziom z początków XVIII wieku. Dlatego też opisując to dziwo, posługiwali się i m z n a n y m aparatem pojęciowym i porównywali to, co widzieli do różnych części ludzkiego i zwierzęcego ciała oraz używanych wówczas urządzeń technicznych - nie ma w tym nic niezwykłego! Czy wyobrażasz sobie Czytelniku, jak średniowieczny kronikarz przedstawiłby w swym dziele satelitę czy helikopter albo Łunochoda?...
Powróćmy jednak do broni biologicznych - broni B - Starożytności i skonstatujmy, że wirusy oraz bakterie na pokładach satelitów bojowych w czasie dziesiątków tysięcy lat mutowały pod wpływem promieniowania kosmicznego, dzięki czemu pojawiły się takie mikroorganizmy, jak wywołujące AIDS wirusy HIV czy gorączkę krwotoczną Ebola... NB, pierwsze objawy Eboli przypominają objawy grypy - czyżby więc wirus Eboli był takim zmutowanym wirusem grypy???...
Według Roberta Leśniakiewicza wszystko wygląda na to, ze głowice nie spalają się w atmosferze, a dopóki przypuścimy możliwość, że jeden wielogłowicowy satelita bombarduje dokładnie wyznaczone cele w tym samym czasie, to otrzymamy odpowiedź na pytanie o istnienie kilku do kilkunastu ognisk epidemii (czy pandemii), która wybucha w kilku odległych od siebie miejscach naraz - j e d n o c z e ś n i e - jak np. tzw. grypa „hiszpanka”, która po I Wojnie Światowej obiegła całą planetę i w niczym nie ustępowała iperytowi, karabinom maszynowym i dalekosiężnej artylerii, bowiem uśmierciła na świecie ponad 20 mln ludzi. Jak to było możliwe w czasach, kiedy nie istniały jeszcze międzykontynentalne linie lotnicze, a podróże były utrudnione w zrujnowanym wojną świecie, że pandemia ta wybuchła we wrześniu 1918 roku w stanie Massachusetts (USA), a w kilka dni później pojawiła się także w Bombaju (Indie)?!
Ta dyseminacja patogennych mikroorganizmów jest dalszym dowodem na to, że można jej dokonać t y l k o dzięki transportowi lotniczemu - w Średniowieczu zupełnie nieznanemu i realizowanemu tylko za pomocą satelitów bojowych naszych przodków sprzed 10.000 lat...
Od swego zarania, nasza cywilizacja - zwłaszcza w centrach Lewantu - jak się wydaje, toczy bezlitosna wojnę z ostatnimi armiami z czasów Wielkiej Wojny Bogów-Astronautów. Efekty działania BMR - broni: A, H, N i C - czas po prostu zatrze w pamięci ludzi i w Przyrodzie, natomiast cały czas walczymy z armiami, które wala się na nas z mikroświata. Ostatnie Supermocarstwa Przedstarożytności pozostawiły po sobie ogromny kontyngent małych, ale niedosiężnych nam szkodników. Epidemie Średniowiecza zgubiły miliony ludzi, ale śmiercionośne choroby wracają znów i grobów przybywa.
Tajemniczy świat mikroorganizmów pozostaje dla nas niebezpiecznym i problematycznym frontem walki bez pardonu i miłosierdzia. Właśnie dlatego, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ba! - nawet dostrzec i przewidzieć przemiany i maskowanie oraz uniki niewidzialnych armii. Nikt nie zna broni, które zostaną w przyszłości użyte, tak samo, jak nikt nie zna czasu, w którym dojdzie do odpalenia głowic z orbitalnych stacji kosmicznych Atlantydów, a mikroby przystąpią do generalnego ataku. Nie można wątpić w to, że już w najbliższej przyszłości cała Ludzkość może zostać zdziesiątkowana przez bakterie i wirusy, a kto wie, czy nie zupełnie zniszczona.[83]
Zakładając, że niektóre szczepy bakterii i wirusów pochodzą z arsenałów broni B prehistorycznych imperiów, które to szczepy wykazują swoistą „inteligencję”, która zmusza je do atakowania wszystkiego, co żywe - zgodnie z jej wojennym przeznaczeniem[84] można powyższy scenariusz uznać za wysoce prawdopodobny. Wirusy czy bakterie za swym celem postępują cicho, skrycie i cierpliwie, wyrafinowanie atakując mózg, wątrobę, nerki, jądra, jajniki i oczy. Po wniknięciu w organizm, „utajniają” się na kilka lat i doskonale oszukują system immunologiczny organizmu. Otwarcie atakują dopiero wtedy, kiedy pokonają ostanie zasieki i okopy systemu obronnego, usadowią się w neuronach, a potem już ich ofiara ma niewiele szans na przeżycie. Jak to jest możliwe, że wirus - ta nieprawdopodobnie mała bryłka żywej materii potrafi postępować tak przemyślnie? Z chytrością, taktyką i długofalową strategią? Wirusy jakby doskonale poznały silne i słabe strony człowieka - napadają na jego najważniejsze do życia organy i także na swego najniebezpieczniejszego przeciwnika - system immunologiczny człowieka.
Kto, kiedy i w jakim laboratorium zaprogramował przed tysiącleciami tą groźną armie tak, jakby była ona wielkim mózgiem władającym całym mikroimperium i każdą jednostką osobno?[85]
Wbrew temu, że mikrobiologia nagromadziła w ciągu ostatnich 200 lat ogromne mnóstwo faktów i informacji, wciąż jeszcze szukanie ognisk wirusów jest w sferze domysłów i fantazji.[86] A według mojego punktu widzenia, lekarze i weterynarze powinni oderwać wzrok od mikroskopów, zaś ich koledzy powinni zażądać od NORAD, NASA czy jeszcze innej sieci obserwującej pobliże Ziemi, zidentyfikowania tych wszystkich nie-ziemskich satelitów albo innych nie naszych obiektów kosmicznych i prewencyjnego ich zniszczenia![87]
A teraz przejdźmy do broni chemicznych - C. one tez miały swój ważki udział w wojnie sprzed 10.000 lat. Mogły to być duszące bojowe środki trujące (BŚT) takie, jak np. fosgen - CO-Cl2, dwufosgen - CCl2-O-CCl2; parzące BŚT w rodzaju iperytu - S(CH2-CH2-Cl)2, albo luizytu - CH3-F-P-O-As(CH2-CH2-N[CH3]2) czy tabunu - (CH3)2-N-C2H5-O-P-O-CN; psychicznych BŚT, jak: sarin - (CH3)2-HCO-POF-CH3; soman - C(CH3)3-CH-CH3-O-POF-CH3 albo tzw. V-gazy - CH3F-PO2-(CH2)n... - no i wreszcie takie, o których się nam jeszcze nie śniło, bowiem chemia organiczna ma to do siebie, że pozwala tworzyć nowe, nie znane w Naturze związki chemiczne. Mogły to być np. defolianty będące w stanie ogołocić z liści wszelką roślinność zaatakowanego kraju, tak jak to robili Amerykanie w Wietnamie, gdzie potraktowali oni specyfikiem o kryptonimie „Orange Agent” całe prowincje tego kraju, albo Rosjanie w Afganistanie i ostatnio w Czeczenii.
Kiedy zwrócimy się ad fontes ku średniowiecznym źródłom, to stwierdzimy, że w okolicach miasta, w którym wybuchała Czarna Zaraza jego mieszkańcy obserwowali duszne i cuchnące opary. To widać z poniższego kronikarskiego zapisu:
v Roku Pańskiego 1067, na wiosnę około św. Grzegorza (tj. albo 12.III. lub 24.IV.) pokazały się w Czechach wielkie mgły dnia każdego, tak że człowiek człowieka przed sobą na cztery kroki nie widział. Za nich potem przyszedł nadzwyczajny i nieznośny smród, który ludzie ciężko znosić musieli. Trwało to dni trzydzieści i pięć. Mówiło się także o tym, że w tej mgle ludzie spotykali się z jakowymyś potworami albo diabelskimi mamidłami[88].[89]
v Roku Pańskiego 1139 w Czechach była niebywale gęsta mgła, a około południa dnia 24 lipca silnie cuchnęła, jakby piekłem (tj. siarką).[90]
v Dnia 22 sierpnia 1547 roku przyszła sucha mgła oszkliwie śmierdząca, a po trzech następnych dniach pokazał się świetlisty krąg naprzeciw słońca, który był krwistoczerwony, jak i samo słońce.[91]
W przypadkach powstawania tych dziwnych, dusznych mgieł mogło iść o synergiczne działanie broni B i C - broń C zmniejszała odporność istot żywych, zaś patogeny broni B szybko dawały sobie radę ze swymi ofiarami. Sposób kombinowany - ale jak widać - skuteczny...
Niektóre z tych hipotetycznych głowic z bronią B spadły w wody Wszechoceanu, które pokrywają ¾ naszej planety. Jest to o tyle prawdopodobne, że w wielkim konflikcie brały udział wyspiarskie Supermocarstwa, takie jak: Atlantyda, Mu czy Lanka, a zatem cele tych głowic m u s i a ł y znajdować się tam, gdzie teraz przelewają się fale oceanów nad niezmierzonymi głębinami. Inż. Leśniakiewicz przytoczył nam zapis średniowiecznego kronikarza Forestusa Alcmarianosa mówiący o tym, jak to długi na około 32 metry wieloryb został wyrzucony przez fale Atlantyku w okolicach Egmontu, co po pewnym czasie stało się p r z y c z y n ą epidemii. Ta ostatnia zaś wybuchła: od zapachu i jadowitości powietrza, które z a t r u ł wieloryb.
Hmmm... - dziwi się Robert Leśniakiewicz - To brzmi całkiem logicznie, ale dlaczego mieszkańcy Egmont pozwolili na to, by wieloryb zgnił na plaży? Był rzeczywiście ogromny, ale tez przypłynął o własnych siłach, a potem padł (!) w okolicy miasta - czyżby nie mógł wrócić na morze o własnych siłach? A dlaczego mieszkańcy miasta zrezygnowali z wykorzystania takiej góry mięsa i tłuszczu, która zepsuła się potem? A może wcale nie szło o wieloryba, ale o coś, co miało tylko wygląd wieloryba? A może była to rakieta?...[92]
Robert Leśniakiewicz tak ciągnie dalej fascynującą techniczną interpretację opisu średniowiecznego kronikarza:
Aby głowica mogła poruszać się w atmosferze musi dysponować ona ochronnym pancerzem w kształcie aerodynamicznym. W warunkach naszego środowiska wodnego i powietrznego nasze pojazdy wodne i powietrzne musza posiadać także odpowiedni hydro- i aerodynamiczny kształt, co jest idealnym warunkiem sina qua non szybkiego poruszania się w danym ośrodku. Ciała morskich ssaków, z tego punktu widzenia, są idealnie dostosowane do środowiska, w którym się poruszają, ponieważ ich współczynnik oporu ośrodka Cx jest bardzo mały. Żeby pocisk rakietowy czy głowica ICBM trafiła dokładnie w cel - a dokładność ta wynosi teraz kilka dm - to musi ona być zrobiona w kształcie o małym współczynniku oporu aerodynamicznego Cx i swym kształtem przypominać wieloryba czy delfina. I jak się wydaje, mieszkańcy Egmont spotkali się z taką bojową głowicą czy jądrową rakietą, która była uszkodzona uderzeniem o wodę, albo wskutek manipulowania nią przez mieszkańców Egmontu, skaziła okolicę biologicznie czy chemicznie. Jaka szkoda, że Alcmarianos nie podał nam więcej szczegółów tej sprawy...

CDN.